Mężczyzna w Kościele

Któż jak Bóg 2/2019  Niektórzy mówią, że Kościół jest w kryzysie – następują w nim podziały, rozwadnia swoje nauczanie, traci wpływy. Ewidentnie więc istnieje problem. Inni mogliby odparować, że to nic niezwykłego, bo Kościół jest w kryzysie permanentnym, odkąd tylko Pan Jezus zdecydował się przekazać władzę św. Piotrowi. Jakkolwiek by było, jest jedna kwestia, na którą w ostatnim czasie zaczyna zwracać uwagę coraz więcej osób szukających przyczyn kryzysu – mężczyźni.

Nie chodzi jednak o to, że mężczyźni jako tacy są kryzysu przyczyną, a o to, że przyczyną jest ich brak. A brak mężczyzn w Kościele wynika z tego, że mężczyźni, mówiąc bardzo ogólnie (tak jak głosi tytuł ciekawej książki Davida Murrowa niedawno u nas wydanej), „nie cierpią chodzić do kościoła”. A nie cierpią tego robić z wielu powodów - między innymi zaś dlatego, że w ich mniemaniu Kościół jest dla kobiet: do kobiet przemawia, mówi po kobiecemu i odwołuje się do kobiecej wrażliwości.

Kościół kobiet

To prawda, że Kościół rządzony jest przez mężczyzn. Papież, biskupi, księża – wszyscy są mężczyznami. Co jednak z tego, skoro Kościół sprawia wrażenie, przynajmniej w oczach przeciętnych facetów, jakby zależało mu głównie na kobiecej części wiernych? Przekaz, który kieruje do świata, jest często tak nasączony kobiecą wrażliwością, że mężczyzna może odnieść wrażenie, jakby bycie chrześcijaninem oznaczało wyzbycie się męskości.

Przykład? Wiele mówi się dziś o „wchodzeniu w głęboką relację z Chrystusem”. Ważna jest moja intymna relacja z Nim, muszę ją pielęgnować, rozwijać. Muszę wejść w osobistą relację, muszę chcieć tej relacji itd. Słowo „relacja” jest odmieniane przez wszystkie przypadki i pojawia się w religijnych przekazach bardzo często - zwróćcie proszę na to uwagę. Nie jest również tajemnicą, że to właśnie kobiety, bardziej niż mężczyźni, nastawione są na budowanie relacji – tak jesteśmy skonstruowani, że kobietom po prostu przychodzi to łatwiej. Nie powinniśmy się więc dziwić, że grymas zniesmaczenia pojawia się na twarzy zwykłego faceta siedzącego gdzieś tam w ławce kościoła i słuchającego nakazów, by „wejść w bliskość z Chrystusem”.

Jakby tego było mało, Biblia co prawda mówi wiele razy o relacji Boga z człowiekiem, ale nie wspomina o „osobistej relacji z Jezusem”, nie mówiąc już o „relacji intymnej czy miłosnej”. Nie ma też żadnego nakazu skierowanego do człowieka, by ten musiał wejść w „osobistą relację z Bogiem”. Jest to zupełnie niebiblijne przełożenie przekazu Ewangelii na kobiecą wrażliwość. I kobiety odnajdują się w tym świetnie, a mężczyźni – nie bardzo. Mężczyzna nie ma bowiem ochoty wchodzić w intymną relację z drugim mężczyzną, nawet jeżeli jest nim sam Chrystus.

W Kościele chyba dużo więcej mówi się też o wybaczaniu, o pokorze, o łagodności, o spokoju (cechy jednak utożsamiane z kobiecością) niż o walce duchowej czy wyzwaniach (coś, do czego bliżej mężczyznom). Taki przekaz to dla mężczyzny jasny sygnał: „Stary, jeżeli chcesz się dobrze czuć w Kościele, musisz przestać być mężczyzną”. Czy kogoś może więc dziwić, że Kościół przez takie formułowanie przekazów będzie do siebie zniechęcał dużą grupę facetów?

Czego pragną mężczyźni?

Czy to jednak źle, że Kościół bardzo często mówi językiem kobiet? I cóż jest złego w tym, że to kobiety stanowią większość wyznawców chrześcijaństwa?

Jeżeli mamy naśladować Jezusa Chrystusa – a jako chrześcijanie bez wątpienia mamy to robić – przyjrzyjmy się, w jaki sposób powoływał On ludzi. W Ewangelii według św. Mateusza (10, 16–30) znajduje się mowa Chrystusa, którą wygłosił on do uczniów, rozsyłając ich w świat. Czy Jezus powiedział wtedy uczniom, że mają wejść z Nim w osobistą relację, powierzyć Mu swoje problemy, zwierzyć się z emocji i tego, co właśnie czują? Oczywiście, że nie! Zapowiedział wydawanie ich na śmierć w rodzinach, nienawiść u ludzi i prześladowania. Brzmi zupełnie tak, jakby dowódca odprawiał swoich żołnierzy przed bitwą. Nie zachęca, prawda? A jednak to właśnie na tym zbudowano dwa tysiące lat chrześcijaństwa, a nie na przytulaniu i ckliwościach.

Przekaz kobiecy mówi, że Bóg cię kocha i chce wejść z tobą w głęboką, intymną relację. Przekaz męski mówi z kolei, że Bóg cię kocha i z tego powodu stawia ci wymagania, bo chce, żebyś był coraz lepszy. Mężczyźni mają skłonność, by bardziej cenić zasady niż relacje – tak już jest. Widać więc, że jeżeli mężczyzna pragnie jakiejś relacji z Chrystusem, to nie chce, by była ona miłosna i pluszowa. Chce raczej, by przypominała relację dowódcy i żołnierza na polu bitwy lub relację trenera drużyny sportowej i zawodnika podczas arcyważnego meczu – męską relację, w której stawia się jasne wymagania, mobilizuje się do skutecznego działania i obiecuje się jedynie krew, pot i łzy.

Chcemy przyciągnąć do Kościoła prawdziwych facetów, herosów, którzy wzniecą płomień wiary tam, gdzie jej jeszcze albo już nie ma? Zacznijmy mówić na kazaniach, że można przez to ponieść śmierć. To zdecydowanie lepsza dla faceta perspektywa niż zasiedziały, spokojny i ciepły Kościół głoszący puste piekło, zero wyzwań (bo skoro Bóg kocha mnie takiego, jaki jestem, to po co się zmieniać?) i zero trudności (gdzie wiara zamiast wyzwaniem jest tylko odpowiedzią na problemy).

Statystyka mówi wszystko

Jezus Chrystus używał mocnego języka z tego powodu, że bardzo dobrze trafia on w męską duszę. Mężczyźni lubią ryzyko, niebezpieczne przygody, podróże w nieznane, skąd czasem nie ma już powrotu. To dlatego chłopcy wspinają się na drzewa i sprawdzają, jak najszybciej można jechać na rowerze, a potem odkrywają nowe lądy i są wystrzeliwani w kosmos. Jest to także powód, dla którego uwielbiają ze sobą rywalizować (sportowo, siłowo, na argumenty – jakkolwiek). A rywalizacja w Kościele jest niezbyt mile widziana, prawda? Niestety dlatego też mężczyźni popełniają więcej przestępstw, częściej pakują się w kłopoty i popadają w nałogi. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to droga do męskiej duszy, którą warto wykorzystać, by przyciągać mężczyzn do Kościoła.

Statystyki bowiem pokazują, że gdy nawraca się ojciec, w 93% przypadków nawraca się potem cała rodzina. Gdy z kolei nawraca się żona, cała rodzina nawraca się tylko w 17% przypadków. Aby wiara w Chrystusa szybko się rozszerzała, powinniśmy zwrócić większą uwagę na to co i jak mówimy oraz do czego wzywamy ludzi. Jeżeli chcemy, by chrześcijaństwo było energiczne i silne, nie powinniśmy sprawiać, by mężczyźnie jawiło się ono jako religia, w której trzeba trzymać się za ręce i przytulać (z reguły nie lubimy przytulać obcych mężczyzn), śpiewać słodziutkie piosenki o miłości do innego faceta (Chrystus – jakkolwiek patrzeć – był facetem), mówić o uczuciach i o tym, jak „Pan porusza nasze wnętrza”.

Oczywiście wszystko co napisałem to generalizacja. Są też mężczyźni, którzy jak ryba w wodzie czują się w grupach często odwołujących się do emocji, którzy lubią śpiewać piosenki i umieją świetnie nawiązywać relacje, ale jednak jest ich mniej. Poza tym chodzi o przyciągnięcie do Kościoła szczególnego typu mężczyzn, trochę nieokrzesanych, nieidealnych, nieco porywczych i gwałtownych – zupełnie jak pierwsi apostołowie! – dzięki którym wiara rozwija się dynamiczniej i energiczniej.

Aniołowie na ratunek

Dobrze koncentrować się na wyzwaniach, misji, celu, a jeżeli przy tym wspomnimy jeszcze o walce duchowej, to będzie idealnie. Stąd bardzo ważna rola św. Michała Archanioła i aniołów. Archanioł bowiem uosabia to wszystko, czego w głębi duszy pragnie większość facetów. Anioła stróża również lepiej przedstawiać jako przybocznego, który pomaga rycerzowi podczas walki, a nie troskliwego duszka, który obroni nas przed złem i ściągnie z naszej drogi wszelkie niebezpieczeństwa. Jego funkcją jest przecież wspieranie nas, a nie wyręczanie.

To są szczegóły, ale takie obrazki wbijają się głęboko w pamięć i potem bardzo często decydują o tym, czy zostajemy w Kościele, czy z niego wychodzimy, bo uznajemy, że nie jest dla nas. Sądzę, że warto to przemyśleć.

///////////////////////

Święty Michale Archaniele, wspomagaj nas w walce,
a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną.
Oby go Bóg pogromić raczył, pokornie o to prosimy, a Ty, Wodzu niebieskich zastępów, szatana i inne duchy złe,
które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą Bożą strąć do piekła. Amen.

ZOSTAŃ PATRONEM POLSKICH MISJONARZY " WESPRZYJ Z NAMI AKCJE "WYPRAWKA DLA DZIECI- KAMERUN 4 GRUDNIA 2019 R GODZ 14.00 PARKING PRZY KOSCIELE W JAZGARZEWIE UWAGA !! DARY tzw śmieci elektroniczne przywozimy przynajmnuej 1 godzinę wcześniej go

 – Doświadczenie mówi nam, że ratunkiem dla naszych parafii są wspólnoty, które podejmą odpowiedzialność za Kościół, aby był żywy, wierny, dynamiczny i odważny – mówią siostry z Modlina Twierdzy.
ks. Włodzimierz Piętka /Foto Gość

Misjonarki klaretynki, s. Bogusława Woźniak i s. Ewa Grzegorczyk o misjach, które się nigdy nie kończą.

ks. Włodzimierz Piętka: Już po samej nazwie waszego zgromadzenia widać, że Siostry są równocześnie misjonarkami. Gdzie pracowałyście do tej pory?

s. Bogusława Woźniak: Przez 13 lat pracowałam w Indiach. To piękny kraj, w którym żyją piękni ludzie. Tam trudno jest być chrześcijaninem, zwłaszcza teraz, gdy na nowo wróciły niepokoje i prześladowania. Z moimi współsiostrami pracowałyśmy wśród ludzi ze slumsów. W imię chrześcijańskiej miłości pomagałyśmy im, jak umiałyśmy. A gdy nas pytano, dlaczego to robimy, odpowiadałyśmy, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga. W naszej pracy nie chodziło więc o nawracanie ludzi na chrześcijaństwo, ale o niesienie im pomocy i miłości braterskiej w imię Chrystusa.

s. Ewa Grzegorczyk: Ja pracowałam na misjach w dwóch zakątkach świata – przez pół roku w Argentynie i przez ponad dwa lata na Ukrainie. Gdy znalazłam się w Andach, na północy Argentyny, pytałam starszych, doświadczonych misjonarzy, co przede wszystkim mam robić. A oni mi odpowiadali: „Masz być i słuchać”. Tam do wielu parafii wędrowaliśmy pieszo po górach, bądź pokonywaliśmy długie kilometry na mułach. Niektóre z tych miejscowości były zupełnie odcięte od świata. Wciąż czuję, że najważniejsze jest to, aby tym ludziom, nawet z końca świata, nie brakowało chleba słowa Bożego. Pamiętam, jak kiedyś w czasie liturgii z okazji parafialnego święta zabrakło Komunii św. Wiele osób wtedy odeszło bez przyjęcia Eucharystii, choć pokonały długą drogę. To był dla mnie ogromny ból, że musiały czekać kolejny miesiąc albo pół roku, aż przyjedzie do nich ksiądz z Mszą św. Gdy sobie to przypominam, to myślę, że w Polsce za mało cenimy te duchowe skarby, które płyną do nas przez sakramenty.

Pracowałam również we wschodniej Ukrainie. Nasza placówka była katolicką wysepką w morzu prawosławia. Prowadziłyśmy tam świetlicę Caritas. Utkwiła mi w pamięci pewna staruszka, która przez długie lata modliła się, aby przyjechał tam ksiądz i aby były spowiedź, Msza i Komunia św. Zapamiętałam tę jej modlitwę i wielkie pragnienie, aby być blisko Jezusa.

Z doświadczeniem Indii, Argentyny i wschodniej Ukrainy Siostry podjęły pracę w Modlinie Twierdzy. Co to znaczy być misjonarzem w Polsce?

s. Bogusława: Nasza misyjność to życie między ludźmi. W Modlinie mieszkamy w bloku, nie w klasztorze, a więc jesteśmy blisko ludzi, tak zwyczajnie, codziennie. Ale to również nasza posługa w parafii, w szkole, zaangażowanie w akcje i spotkania misyjne czy w wolontariat szkolny. Gdy przygotowujemy dzieci czy dorosłych do sakramentów, zawsze staramy się stawiać im pytanie: „Co zrobisz ze swoją wiarą?”.

s. Ewa: Dla mnie jest bardzo jasne, że wiara jest darem nie tylko dla mnie samej. Ona buduje żywą relację z Jezusem. W katechizacji dzieci zwracam uwagę na tę sprawę, aby zaprzyjaźnić się z Panem Jezusem, pokochać Go i innych ludzi, aby ta relacja zaczęła procentować w naszym życiu. W taki sposób umacnia się wiara, nasze rodziny i buduje się Kościół.

Do czego wzywa nas Nadzwyczajny Miesiąc Misyjny, który właśnie przeżywamy?

s. Ewa: Wiele mówi hasło tego miesiąca: „ochrzczeni – posłani”. Tu chodzi o odkrycie na nowo naszej osobistej odpowiedzialności za wiarę, którą my przyjęliśmy, a także za wiarę innych ludzi, których możemy umocnić naszym świadectwem, albo zgorszyć naszą bylejakością i antyświadectwem. Tu chodzi również o odkrycie, że szczególną misją ochrzczonych jest ich własna rodzina.

s. Bogusława: Po doświadczeniu misyjnym w Indiach widzę, jak wielkim niebezpieczeństwem dla wiary w Polsce jest konformizm, przylgnięcie do bogactwa, szczególnie tak kuszące młodych ludzi. Wygoda i lenistwo zabijają w nas ducha. Gdy nie chce się wyjść z domu, spotkać z ludźmi, iść do kościoła, wspólnie się pomodlić – to znaczy, że coś więcej w nas umiera.

KIM BYŁ SŁUGA BOŻY KS KARD STEFAN WYSZYŃSKI ?

Modlitwa jest takim darem, którego uczyć się nie trzeba; wystarczy chcieć się modlić - a przychodzi. Z jej pomocą najłatwiej jest regulować wszystkie sprawy i zobowiązania.

PAWEŁ
ZUCHNIEWICZ

Obudziłem się przed piątą minut dwadzieścia, dręczony snem… – czytamy w „Zapiskach więziennych” Prymasa pod datą 13. III. 1956. – Może nie warto o snach pisać, ale ten, który dzisiaj miałem wyjątkowo zapiszę. – W widzeniu sennym opuszczałem jakiś wielki gmach, po uciążliwej konferencji z Bolesławem Bierutem. Pożegnaliśmy się w hallu. Wychodziłem już, gdy przyłączył się do mnie p. Bierut, z wyraźnym zamiarem towarzyszenia mi. Byłem tym skrępowany, dręczyło mnie wrażenie, co ludzie pomyślą, widząc nas wspólnie na ulicy. Szliśmy długą ulicą, jakby Alejami Racławickimi w kierunku Krakowskiego Przedmieścia w Lublinie. Prowadziliśmy rozmowę; chciałem jeszcze powiedzieć coś p. Bierutowi. Gdy czekaliśmy na skrzyżowaniu ulic na wolne przejście, pan Bierut skręcił na lewo i po przekątnej przeszedł ulicę. Pozostałem sam z myślą: jemu wszystko wolno, nawet gwałcić przepisy o ruchu ulicznym. Wkrótce zniknął mi z oczu, gdzieś w bocznej ulicy. Przechodziłem przez jezdnię w prostym kierunku, pełen lęku przed dwoma groźnymi kozłami, które stały na środku mej drogi. Ale minąłem je bez przeszkód, ciągle szukając p. Bieruta, gdzie zniknął. Oglądałem się za nim, chcąc coś jeszcze mu powiedzieć. Dziwiłem się, że tak nagle mi zniknął. Mój towarzysz, jakiś ksiądz, chciał mi coś tłumaczyć; czy należy się oglądać? W poczuciu, że nie wszystko zostało między nami zakończone, ruszyłem przed siebie prostą drogą, w ulicę Krakowskie Przedmieście. Z tym obudziłem się…

Bolesław Bierut zmarł 12 marca 1956 roku w Moskwie. Prymas – przebywający wówczas w czwartym miejscu odosobnienia w Komańczy – dowiedział się o tym przy śniadaniu, ale już wcześniej, podczas Mszy świętej jak pisze dręczyłem (…) Dobrego Ojca, natarczywiej niż zwykle  prosząc Boga o miłosierdzie dla Jego ludu.

Bierut był bezpośrednio odpowiedzialny nie tylko za walkę z Kościołem, ale także za aresztowanie Prymasa i w związku z tym podpadał pod ekskomunikę. Dla mnie ta okoliczność jest wyjątkowo ciężka, że z mego powodu stanęła jeszcze jedna przeszkoda między sprawiedliwym Sędzią a zmarłym – pisał Prymas. – Jak trudno w takiej sytuacji być pełnym chrześcijaninem! Pogwałcone prawo Kościoła wymaga kary. Cześć należna woli Bożej musi być okazana. To muszę uznać i tego chcieć; muszę chcieć sprawiedliwości Boga, który walczy w obronie swoich pomazańców. A jednak pragnąłbym, by ta ostatnia przeszkoda nie istniała. Tym więcej pragnę modlić się o miłosierdzie Boże dla człowieka, który tak bardzo mnie ukrzywdził. Jutro odprawię Mszę świętą za zmarłego; już teraz „odpuszczam mojemu winowajcy”, ufny, że sprawiedliwy Bóg znajdzie w tym życiu jaśniejsze czyny, które zjednają Boże Miłosierdzie.

Czy przez ten sen Bierut chciał coś powiedzieć Księdzu Prymasowi?

Istnieje nie tylko Sanctorum communio [świętych obcowanie]. Istnieje w świecie komunikacja duchów ludzkich. Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa nas związała tak, że przyszedł po pomoc. Oglądałem się za nim we śnie – i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy o nim zapomną rychło, może się go wkrótce wyrzekną, jak dziś wyrzekają się Stalina – ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo.

Czy Ksiądz Prymas modlił się także za tych, którzy go pilnowali, śledzili i podsłuchiwali?

Modliliśmy się wiele za naszych opiekunów, których nie uważaliśmy za naszych nieprzyjaciół.

O co modlił się Prymas pozbawiony wolności?

Ile odprawiliśmy Mszy świętych, prosząc o łaskę powrotu do obowiązków naszego powołania. Niekiedy zdawać by się mogło, że prośby nie są wysłuchane; ale nigdy modlitwy nasze nie były bez śladu w duszy, nigdy nas nie opuszczała ufność i spokój. Modlitwa (…) w Prudniku, była raczej modlitwą dziękczynną niż błagalną. Stwierdzamy, że modlitwa uwielbienia przynosi więcej radości i mocy niż modlitwa błagalna.

Tak było w drugim roku więzienia i w trzecim miejscu odosobnienia. Wcześniej Ksiądz Prymas był w Stoczku Warmińskim. Czy tam modlitwa była podobna?

Żyliśmy w ciągłej modlitwie, która pokonywała wszystkie nasze bóle, smutki i zawody. Ale te smutki przechodziły dziwnie szybko.

Krzepiliśmy ducha swojego nowennami: do świętego Józefa, do Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny, do Opieki świętego Józefa, do Matki Bożej Nieustającej Pomocy, do Maryi Pośredniczki Łask, do świętego Piotra w Okowach, do Przemienienia Pańskiego, do Wniebowzięcia Maryi, do Matki Bożej Jasnogórskiej, do Narodzenia Maryi, do Imienia Maryi, do Maryi od Wykupu Niewolników. Przenosiny zastały nas w czasie nowenny do Macierzyństwa Maryi. Słowem, żyliśmy w ciągłej modlitwie, która pokonywała wszystkie nasze bóle, smutki i zawody. Ale te smutki przechodziły dziwnie szybko. Chociaż nadzieje nasze na rychłe wyzwolenie się odwlekały, to jednak po każdej ukończonej nowennie zespół nasz był dziwnie pogodny, spokojny i rozradowany. Trzeba raczej przyjąć, że dominowała pogoda i wesołość. Ciężkich smutków nie przeżywaliśmy tragicznie; szybko konały, choćby i przyszły. Chociaż usposobienia nasze są tak różne, to jednak wspólna modlitwa, wspólne ranne rozmyślania, które prowadziłem na głos według mszału benedyktyńskiego, wieczorny różaniec – te siły jednoczyły i zespalały.

Ksiądz Prymas pisał w więzieniu: Czy będę kiedykolwiek w życiu w szczęśliwszym niż teraz położeniu? Co to znaczy?

Jedna myśl o tym, ilu ludzi modli się (…) za mnie, podnosi na duchu. A przecież stokroć donioślejsza jest sama przedmiotowa wartość modlitwy niż to odczucie. Czy modliliby się tak wiele, gdybym siedział w domu? A wszyscy kapłani, którzy mają obowiązek modlić się pro Antistite [za biskupa diecezji], jak często nawet nie dostrzegają imienia swego biskupa w Kanonie Mszy świętej! Dziś zbliża nas do siebie wspólne cierpienie i ono czyni uważniejszymi. Gdy wrócę z więzienia do domu, na pewno utracę te owoce wzmożonej czujności braterskiej. Prawdziwie, bardziej błogosławionych w owoce duchowe, w pomoc modlitwy, nie zaznam dni. A czegóż więcej do szczęścia potrzeba?

Po aresztowaniu, z dnia na dzień Ksiądz Prymas znalazł się w zupełnie nowej, nietypowej sytuacji. Został nie tylko pozbawiony wolności, ale też możliwości lektury (brak książek), ruchu (w Rywałdzie nie wolno mu było opuszczać pokoju), pracy (brak zaplecza do pisania i tworzenia). Nie było kaplicy, paramentów liturgicznych do odprawienia Mszy świętej. Jak Ksiądz Prymas organizował sobie życie modlitwy w tej sytuacji?

Znalazłem jedną książkę francuską o świętym Franciszku, niewielką, ale niezwykle wartościową, a drugą książkę włoską – zbiór przemówień. Te dwie książki służyć mi mają jako ćwiczenia językowe. Lekturę przerywam odmawianiem godzin kanonicznych mniejszych, by w ten sposób pracę łączyć z modlitwą. Brewiarz odmawiam chodząc po swoim niewielkim pokoju, by brak powietrza uzupełnić ruchem. Wieczorem, gdy się już robi ciemno – a mamy brak światła – odmawiam różaniec, wędrując po pokoju. Modlę się wiele do mej szczególnej Patronki, Matki Bożej Jasnogórskiej, za obydwie moje archidiecezje, księży biskupów i moich domowników. (…) „Erygowałem” sobie Drogę Krzyżową, pisząc na ścianie, ołówkiem, nazwy stacji Męki Pańskiej i oznaczając je krzyżykiem. Resztę – Ecclesia supplet [Kościół dopełni].

Po kilku dniach odprawiania tzw. „suchej Mszy” (bez przeistoczenia z braku opłatka i wina) Ksiądz Prymas otrzymał minimum niezbędne do sprawowania Eucharystii, która jest szczytem modlitwy chrześcijańskiej. Była już materia potrzebna do sprawowania Ofiary, nie było jednak ludu…

Kapłan musi mieć Boga w dłoniach, by miał z czym stanąć przed Ojcem Niebieskim. Ale musi też mieć i lud przy sobie. Tę samotność przy składaniu świętej Ofiary odczuwa się tak bardzo, jak brak dłoni. Wszak kapłan pro hominibus [dla ludzi] ustanowiony. Toteż na swoją samotną Mszę świętą zwołuję wszystkich, których mi pamięć przywodzi, a zwłaszcza tych, których tak często – przy lada sposobności – zachęcałem do odmawiania różańca świętego, do czci Matki Bożej Jasnogórskiej.

Mówi się, że różaniec to „modlitwa mocy”. Do tej modlitwy odwoływał się Ksiądz Prymas przed kościołem świętej Anny w wieczór przed swoim uwięzieniem.

Przy schodach wiodących do mieszkania rektorskiego zatrzymała mnie gromada akademików i „niewiast ewangelicznych”. Prosiłem o modlitwę: „Mówcie różaniec. Znacie obraz Michała Anioła Sąd Ostateczny? Anioł Boży wyciąga człowieka z przepaści na różańcu. Mówcie za mnie różaniec”. Tymi słowy pożegnałem dzielną gromadkę.

Ksiądz Prymas wyniósł nabożeństwo do Matki Bożej z domu rodzinnego. Mama jeździła chętnie do Wilna, gdzie znajdował się wizerunek Matki Bożej Ostrobramskiej, a tata na Jasną Górę, by modlić się przed ikoną Czarnej Madonny. Jakie znaczenie w modlitwie mają obrazy i wizerunki?

Byłem sercem związany z pięknym posągiem Matki Bożej, stojącym na cmentarzu kościelnym. Później, gdy już byłem w Warszawie, w gimnazjum Wojciecha Górskiego, uczucia swoje przeniosłem na posąg Matki Bożej Passawskiej, na Krakowskim Przedmieściu, przed kościołem Res sacra miser, gdzie zbierały się niektóre klasy szkolne na nabożeństwo. W czasie pobytu w Seminarium Duchownym we Włocławku dwa nabożeństwa się wzajemnie uzupełniały: do Serca Pana Jezusa i do Matki Bożej Jasnogórskiej, której obraz był w bocznym ołtarzu. Święcenia kapłańskie otrzymałem w kaplicy Matki Bożej Częstochowskiej w Bazylice Włocławskiej. Pierwszą Mszę świętą odprawiłem na Jasnej Górze, przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Odtąd chętnie wybierałem ołtarz Matki Bożej, by przed nim składać Bogu codzienną Ofiarę. Nabożeństwo maryjne ożywiło się we mnie szczególnie w czasie ostatniej wojny. Związałem się gorąco z ołtarzem Matki Bożej Wrociszewskiej, przed którym spędzałem co dzień długie godziny wieczorne. W ciągu pracy mojej w Laskach, wśród dziatwy ociemniałej, podtrzymywałem ducha strwożonych sytuacją przyfrontowego życia głównie modlitwą do Matki Bożej. Rzecz znamienna, chociaż Zakład przechodził przez bardzo ciężkie chwile obstrzału artyleryjskiego, pacyfikacji Kampinosu, nigdy nie byliśmy zmuszeni do odłożenia wieczornego różańca.

Różaniec to modlitwa kontemplacyjna i zarazem ustna. Łatwo można wpaść w rutynę, odmawiając same słowa, a nie rozważając ich treści. Co Ksiądz Prymas sądzi o takim sposobie modlenia się?

Słowa nieuważne są jak puste pudełka z nieczytelnymi napisami. Modlitwa rozproszona to stos pustych pudełek. Cóż wart magazyn z pustymi pudełkami? Kto się tu pożywi?

Zatem modlitwa zakłada też wysiłek, walkę. W swoim życiu Ksiądz Prymas zawsze liczył na pomoc Matki Bożej. Czy również było tak w życiu modlitwy?

Rodzę w duszy kamienie tak ciężkie, że nie zdołam utrzymać tego owocu żywota mego. Zrzucam je więc do stóp Twoich, Matko, może po drodze z tych głazów zdołasz doprowadzić mnie do Syna – Drogi. Nie chciał Syn Twój zamienić kamieni w chleb. Bo łatwiej dojść do Syna po skalistej drodze, niż po drodze wymoszczonej bochnami. Może więc i owoc żywota mojego, Matko, będzie błogosławiony. Uśmiechnij się do moich kamieni. To wszystko, na co mnie stać. Reszta do Ciebie należy. I ja też nie chcę, by wszystkie stały się chlebem. Ale pozwól, by chociaż jeden z tych kamyków pożywił mi głodną duszę. Wszakpetra autem erat Christus [a ta skała (kamień) – to był Chrystus ] (1 Kor 10,4).

Co trzeba robić, aby dobrze się modlić?

Modlitwa jest takim darem, którego uczyć się nie trzeba; wystarczy chcieć się modlić – a przychodzi. Z jej pomocą najłatwiej jest regulować wszystkie sprawy i zobowiązania; na modlitwie najłatwiej nawiązać kontakt z najbliższymi i zyskać spokój o ich losy. Podobnie jak najłatwiej wywdzięczyć się za okazane dobro. Gdy nadchodzą cierpienia i udręki, również modlitwa pomaga pokonać ich ciężar, gdy składamy Bogu w Jego Ojcowskie dłonie wszystko, co boli.

 Przeczytaj także:

Prymas Wyszyński „od siebie” o cierpieniu

Prymas Wyszyński „od siebie” o rozpoznawaniu woli Bożej

Prymas Wyszyński „od siebie” o odwadze

Prymas Wyszyński „od siebie” o zawierzeniu

O co dziś chciałbyś zapytać Prymasa Tysiąclecia?

Nauczanie Prymasa jest aktualne do dzisiaj. Może nurtują cię pytania dotyczące wiary, życia, historii, bieżących problemów, dylematów, kontrowersji? Może szukasz odpowiedzi i wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, a może chcesz pogłębić swoją wiarę, sięgając po wartościowe teksty i rozważania?

Zachęcamy, by zadawać pytania wpisując je w poniższy, anonimowy formularz. Odpowiedzi zostaną sformułowane na podstawie tekstów dokumentujących naukę kardynała Wyszyńskiego wraz z ich omówieniem.

Kard. Stefan Wyszyński.ARCHIWUM GOŚCIA PŁOCKIEGO

Znamy datę beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego

Beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Polski, odbędzie się 7 czerwca w Warszawie - ogłosił dziś metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz. Kard. Stefan Wyszyński zmarł 28 maja 1981 r. Za życia i po śmierci cieszył się szeroką sławą świętości. Osiem lat po śmierci w Warszawie rozpoczął się jego proces beatyfikacyjny.

Proces beatyfikacyjny Prymasa Tysiąclecia na etapie diecezjalnym rozpoczął się 20 maja 1989 r. a zakończył 6 lutego 2001 r. Watykańska część procesu beatyfikacyjnego rozpoczęła się 7 czerwca 2001 r. oficjalnym otwarciem akt beatyfikacyjnych.

2 października br., podczas audiencji dla prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych kard. Giovanniego Angelo Becciu, papież Franciszek upoważnił Kongregację do ogłoszenia dekretu o cudzie.

Matka z kaplicy pod wieżą

Stefan Wyszyński urodził się w 3 sierpnia 1901 r. w miejscowości Zuzela nad Bugiem. Po ukończeniu gimnazjum w Warszawie i Łomży wstąpił do Seminarium Duchownego we Włocławku, gdzie 3 sierpnia 1924 roku przyjął święcenia kapłańskie. Po czterech latach studiów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Prawa Kanonicznego i Nauk Społecznych uzyskał stopień doktora.

Wiara prymasa

Podczas II wojny światowej jako znany profesor był poszukiwany przez Niemców. 25 marca 1946 Pius XII mianował go biskupem lubelskim, a 22 października 1948 powołał go na arcybiskupa Gniezna i Warszawy oraz Prymasa Polski. Na konsystorzu 12 maja 1953 papież włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego.

Prymas. Dlaczego błogosławiony?

W coraz bardziej narastającej konfrontacji z reżimem komunistycznym, Prymas Wyszyński podjął decyzję zawarcia "Porozumienia", które 14 lutego 1950 podpisali przedstawiciele Episkopatu i władz państwowych. 25 września 1953 prymas został aresztowany i internowany. Przebywał kolejno w Rywałdzie Królewskim koło Grudziądza, w Stoczku Warmińskim, w Prudniku koło Opola i w Komańczy w Bieszczadach.

Ks. prof. Naumowicz: Kard. Wyszyński był jak skała, wierny zasadom

W ostatnim miejscu internowania napisał tekst odnowionych Ślubów Narodu, wygłoszonych następnie na Jasnej Górze 26 sierpnia 1956 jako Jasnogórskie Śluby Narodu. 26 października 1956 ks. prymas wrócił do Warszawy z internowania. W latach 1957-65 prowadził Wielką Nowennę przed Jubileuszem Tysiąclecia Chrztu Polski.

Niszczenie prymasa

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych czynnie uczestniczył w pracach Soboru Watykańskiego II. W okresie rodzącej się "Solidarności" pozostawał ośrodkiem równowagi i spokoju społecznego.

Zmarł 28 maja 1981 r. w uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Na pogrzeb kardynała w Warszawie 31 maja przybyły dziesiątki tysięcy ludzi

więcej

Jak przygotować dziecko do I Komunii Św ? "PLIK do pobrania ! ( zobacz na samym dole) "List p.Franciszka o misjach na październik miesiąc nadzwyczajny

www.mateusz.pl EWA ROZKRUT Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej? www.kmt.pl

fragmenty z książki „Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej?”. Książkę można nabyć wysyłkowo w Księgarni Mateusza.

Słowo wstępne

Wśród terminów biblijnych, które nie mają w języku polskim dokładnego odpowiednika, znajduje się wyraz kairos; można go po polsku oddać jako czas właściwy. Na przykład rolnikowi nie wolno przegapić czasu, w którym powinien obsiać swoje pole, ani czasu zbierania owoców – w przeciwnym razie nic mu nie wyrośnie, albo osiągnięty plon się zmarnuje.

Podobnie, jeśli nie zajmę się moją matką czy ojcem w czasie ich choroby lub starości, później, po ich śmierci, będzie już na to za późno – po prostu wyznaczony na to kairos -minął. Jeśli kairos, jaki sama natura wyznacza małżonkom na urodzenie dziecka, nie zostanie przez nich rozpoznany, potem może już nigdy nie będą mieli dziecka – niespodziewana choroba albo kryzys ich związku może im to obiektywnie uniemożliwić.

Swój kairos, swój właściwy czas, ma również przekazywanie dziecku wiary. Jeśli ten czas zostanie zmarnowany, dziecko może całe swoje życie spędzić daleko od Boga i od Kościoła. Kiedyś szczęśliwy tata, kiedy urodziło mu się pierwsze dziecko, zwierzył mi się, że wspólnie z żoną postanowili sobie wspólnie się modlić. „Żeby wspólna modlitwa w rodzinie była dla naszego dziecka zwyczajem niepamiętnym” – dodał. W rodzinie tej jest teraz czworo dzieci, troje z nich powoli zaczyna już wyfruwać z rodzinnego gniazda, a rodzice ich najbardziej cieszą się z tego, że każde z ich dzieci jest naprawdę z Bogiem zaprzyjaźnione i w swoim życiu stawia Go na pierwszym miejscu.

Wprowadzanie dziecka w wiarę powinno się dokonywać od samego początku, od samego jego urodzenia. Natomiast wiek pierwszokomunijny jest dla rodziców czasem szczególnie uprzywilejowanym do nawiązania ze swoim dzieckiem prawdziwej wspólnoty wiary. Na wszystko, co z wiarą jest związane, dziecko jest wtedy szczególnie otwarte. Cieszy się, kiedy może z tatą lub mamą rozmawiać na tematy związane z jego przygotowywaniem się do pierwszej Komunii. Chciałoby im opowiedzieć o tym, czego się dowiedziało na lekcji religii. Lubi zapytać któregoś z rodziców o jakiś szczegół z Ewangelii lub z katechizmu. Chętnie klęka do wspólnej modlitwy, pierwsze przypomina o tym, żeby pójść do kościoła. Słowem, i dla dziecka i dla jego rodziców jest to czas pod względem religijnym zupełnie wyjątkowy.

Szkoda by było, gdyby rodzice ten błogosławiony czas przegapili, bo tak jak każdy kairos, on już nigdy nie wróci. Co najmniej trzy wspaniałe rzeczy można w tym czasie osiągnąć. Po pierwsze, dla rodziców okres pierwszokomunijny ich dziecka jest wspaniałą okazją do ożywienia i pogłębienia swojej własnej wiary. Po wtóre, w tym okresie jest szczególna szansa na to, żeby dziecko poczuło się bratem lub siostrą w wierze swojego taty i mamy, a przecież wiara normalnie żyje i rozwija się tylko we wspólnocie wierzących.

Wreszcie po trzecie, rodzice mogą istotnie – więcej niż ksiądz czy katechetka, którzy mają z dzieckiem kontakt tylko epizodyczny – dopomóc swojemu dziecku do tego, żeby wiara stała się dla niego czymś bardzo ważnym i bardzo własnym. To właśnie w tym okresie dziecko uczy się tego, że obowiązki związane z wiarą mogą być prawdziwą radością oraz że troska o własną wiarę jest przede wszystkim jego zadaniem, jakkolwiek rodzice jeszcze długo będą mu w tym pomagać.

Ufam, że książka pani Ewy Rozkrut – osoby dobrze w tej problematyce obeznanej, bo jest ona matką pięciorga dzieci – pomoże wielu rodzicom dobrze wykorzystać, ten błogosławiony czas, kiedy ich dzieci przygotowują się do pierwszej Komunii Świętej, a także czas ich pierwszej gorliwości w przystępowaniu do Stołu Pańskiego.

o. Jacek Salij OP

Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej?

fragmenty z książki „Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej?”. Książkę można nabyć wysyłkowo w Księgarni Mateusza.

Zbliża się czas, kiedy dzieci przystępują do pierwszej komunii świętej. Jest to niezwykle ważny moment nie tylko dla drugoklasistów, ale i dla nas, rodziców.

Zdarza się, że cała sytuacja nas przerasta i czujemy się nieco zagubieni. W takich przypadkach zazwyczaj zajmujemy się tym, co potrafimy najlepiej – gdyż daje nam to po prostu poczucie bezpieczeństwa. I być może stąd biorą swój początek mało chwalebne wyobrażenia o rodzicach dzieci pierwszokomunijnych, którym przypisuje się zużywanie całej energii na organizowanie przyjęć, kupowanie prezentów a jedynie czasem na posprzątanie kościoła i dla świętego spokoju złożenie daru ofiarowanego podczas Eucharystii.

Wiem, że rodzice potrzebują wskazówek, jak poradzić sobie z tym wyzwaniem. Zdobycie wiedzy doda pewności, a tym samym oddali od spraw mniej istotnych.

Czas przygotowań córki czy syna do spotkania z Jezusem jest niełatwy, ponieważ dziecko musi nagle sobie poradzić z: nauką w szkole, chodzeniem na dodatkowe spotkania, lękiem przed nieznanym. Jest to dla niego ogromny wysiłek fizyczny i umysłowy. Zapraszam zatem do przyjrzenia się naszemu drugoklasiście.

Dziecko w tym wieku przede wszystkim lubi się ruszać. Robi to często, z krótkimi przerwami na zregenerowanie sił. Poprzez osiągnięcia fizyczne sprawdza po prostu swoje możliwości. Gdy jest zmęczone, często bywa drażliwe. Najlepszym lekarstwem na „muchy w nosie” jest jakieś „małe co nieco”. Podreperuje wtedy siły i znów będzie gotowe do działania.

Gdy mały człowiek wkracza w wiek szkolny, powoli przestaje się mu podobać zaborcza miłość rodziców. Broni się przed odkrywaniem swoich myśli, samodzielnie chce podejmować decyzje. Pragnienie dostosowania się do zwyczajów kolegów jest nadzwyczaj silne. Objawia się np. w noszeniu takich samych ubrań czy otaczaniu się podobnymi przedmiotami. Dziecko zaczyna naśladować zachowania swoich kolegów, głównie te niepożądane. W wieku około dziewięciu lat u dziecka mogą pojawić się również brzydkie maniery: rzucanie na podłogę kurtki, chowanie brudnej bielizny pod materac łóżka, ustawiczne niezamykanie drzwi. Można je wymieniać w nieskończoność. W rzeczywistości jednak zmiany te dowodzą, że dziecko bardzo dobrze utrwaliło sobie zasady dobrego wychowania, ponieważ doskonale wie, przeciw czemu ma się buntować. Gdy uzna, że wywalczyło sobie już pewną niezależność, powraca do normy. Skutecznym lekarstwem jest pozostawienie sporego marginesu swobody i dobry osobisty kontakt. Na niektóre wybryki można przymknąć oczy, lecz trzeba egzekwować to, co się nam należy.

Nieocenione okazują się rozmowy, szczególnie szczere i nie prowadzące do zdradzania powierzonych rodzicom tajemnic.

Chciałabym też uczulić dorosłych na zjawisko niedostosowania się dziecka do grupy. Może mieć ono wiele przyczyn, lecz zawsze – okrutny wymiar. Dziecko bywa wówczas ignorowane albo nawet odrzucane. Nie łudźmy się, że zastąpimy mu rówieśników. Samotność sprawia, że czuje się nieszczęśliwe, choćby w domu twierdziło inaczej. Wie, co rodzice chcą usłyszeć, więc spełnia ich oczekiwania. W takiej sytuacji konieczna staje się nasza ingerencja.

Absolutnie nie wolno zawstydzać dziecka, wyrzucać mu, iż nie umie bawić się z kolegami. Pod żadnym pozorem nie wolno też zdradzać jego sekretów.

Dobrym rozwiązaniem może stać się zaproszenie do domu kolegów. Nie tylko dziecko na swoim terenie będzie odważniejsze, ale i nadarzy się znakomita okazja do obserwacji, jak radzi sobie wśród rówieśników.

 Koledzy nie stanowią zagrożenia ani dla rodziców, ani tym bardziej dla dziecka. Wprost przeciwnie – potrzebuje ono rówieśników, aby się mogło prawidłowo rozwijać, nauczyć kontaktów z innymi ludźmi, prowadzenia rozmowy, prezentowania swoich poglądów.

  Cóż dalej? Dziecko już wcześniej zaczyna zauważać swoją niezależność, walczyć o nią, domagać się poważnego traktowania.

Pamiętam, że mój syn, gdy miał cztery lata, przyprowadził mnie do kuchni, stanął obok stołu i zapytał: „Czy jestem od niego wyższy?”. Potwierdziłam zgodnie z prawdą. On tylko na to czekał i dobitnym głosem powiedział: „To nie nazywaj mnie już więcej ‘malutki’!” Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przystałam na jego prośbę i musiałam się później mocno pilnować, żeby nie używać tego słowa.

Skoro tak małe dzieci walczą o swoją autonomię, to co dopiero dziewięciolatki! W ich naturze leży pragnienie uniezależnienia się od dorosłych. Sądzą, że same wiedzą, jak należy postępować. Rodzice nie są w stanie nieustannie ochraniać swojej latorośli, brakuje na to czasu i sił. Trzeba więc pogodzić się z wkroczeniem dziecka na drogę ku samodzielności, z którą wiążą się nie tylko prawa, ale także obowiązki.

Dla drugoklasisty ważne są osiągnięcia na polu nauki. Zaprzepaszczanie tej szansy jest niewybaczalne. Nasza rola polega na rozbudzaniu zainteresowań, czy na wyzwalaniu u niego chęci poznawania świata i zdobywania wiedzy. W tych dziedzinach aktywności może ono akcentować swoją niezależność i samodzielność.

Dlaczego warto chodzić do spowiedzi?

Spowiedź jest to wyjątkowe spotkanie z Jezusem. W tym czasie możemy uwolnić się od grzechów i kolejny raz rozpocząć z czystą kartą swoje życie. Człowiekowi trudno wyobrazić sobie miłość Bożą. Spowiedź jest ratunkiem, nie karą – i jeśli nic nie stoi na przeszkodzie, powinniśmy korzystać z jej dobrodziejstw.

Wkrótce nasze dziecko przystąpi do pierwszej spowiedzi. Niewiele będziemy w stanie mu wytłumaczyć, jeśli sami rzadko przychodzimy do konfesjonału. Prawda jest taka: teoretycznie nie poznamy piękna spotkania ze Zbawicielem w tym sakramencie

Dziecko obserwuje nasze życie, porównuje wypowiadane słowa czy deklaracje z postępowaniem. Na pewno zauważy, że tylko zachwalamy ten sakrament, a sami nie korzystamy z jego dobrodziejstw. Może wyciągnąć inne wnioski, niż zamierzyliśmy. Naprawdę nie warto odkładać spowiedzi na ostatnią chwilę, choćby z tego właśnie powodu. Warto w tym miejscu pokusić się o refleksje ogólniejszej natury. Być może z braku czasu nie zastanawiamy się nad naszym życiem duchowym. Żyjemy w bardzo szybkim tempie, troszczymy się o najbliższych, staramy się zapewnić im to, co niezbędne dla życia – a jeśli się uda, to również trochę więcej. Trzeba zacząć od siebie, od zastanowienia się, jak wygląda mój kontakt z Bogiem, jak się modlę. Może chodzę do kościoła w niedzielę i przyjmuję kapłana podczas kolędy. Nie chodzi jednak tylko o to. Jezus powinien być dla każdego z nas kimś szczególnie ważnym. Dał nam życie wieczne, zbawił nas. Gdy popełnimy grzech ciężki, to odwracamy się do Boga plecami. W takiej sytuacji porozumiewanie się, jakikolwiek dialog jest bardzo utrudniony, wręcz niemożliwy. Gdy ów stan trwa zbyt długo, to życie ludzkie staje się niełatwe, nawet jeśli na pozór wydaje się, że wszystko jest w porządku.

Jezus czeka! Gdy nie ma przeszkód, aby wyspowiadać się, należy korzystać z tego dobrodziejstwa. Sakrament pokuty pomaga nabrać sił do dalszego zmagania się z różnymi problemami. Jest to autentyczne spotkanie z Jezusem. Kapłan w konfesjonale pełni tylko rolę pośrednika. Na pewno prawdę tę znają wszyscy. Zdaję sobie sprawę, że zapewne wiele osób doznało przykrości od spowiedników i z tego powodu zaniechało korzystania z sakramentu spowiedzi. Powinniśmy starać się przezwyciężać uprzedzenia. Na pewno w tej intencji warto się modlić, prosić o łaskę przebaczenia. Istnieje również możliwość wybierania kapłana. Zagwarantował ją nam Sobór Watykański II. To oczywiście rozwiązuje sprawę, gdy mieszkamy w parafii, w której jest co najmniej dwóch księży, albo w mieście, gdzie jest kilka parafii.

Niech wcześniejsze uprzedzenia i rany nie oddzielają nas od Jezusa. Nie odkładajmy naszego nawracania się na czas komunii dzieci lub na koniec życia (przecież nie wiadomo, kiedy on nastąpi). Nieważne, kiedy był ten ostatni raz – istotne jest, z jakim zaangażowaniem rozpoczniemy od nowa. Gdyby pojawiły się kłopoty z przygotowaniem się do sakramentu, zawsze można kogoś, komu ufamy, poprosić o pomoc. Odwagi!

Prawda, że jest to fascynujące? Bóg składa w nasze ręce miłość miłosierną i pozwala, byśmy się wzajem nią obdarowywali!

A cóż mogą zrobić ci z nas, którzy z powodu różnych życiowych powikłań nie mogą przystąpić do spowiedzi?

Przede wszystkim trzeba wzbudzić w sobie pragnienie spotkania z Jezusem. Modlitwa zawsze jest możliwa. Jezus na pewno doda sił i otrze łzy. Żałować za grzechy da się w każdej sytuacji.

Zachęcam do podjęcia refleksji nad przyczyną niemożliwości korzystania z sakramentu pojednania. Być może uda się coś zmienić. Ale jeśli nie jest to wykonalne z powodu życia w związku niesakramentalnym, nie spoglądajmy na życie pod kątem jednego przykazania oddzielającego od spowiedzi i komunii. Koniecznie należy rozszerzyć perspektywę na cały dekalog i sprawdzić, jak wygląda. Bóg na pewno ubogaci każdego człowieka, który pragnie spotkania z Nim, który za Nim tęskni i Go kocha.

Widziałam łzy ludzi, którzy nie mogą przyjąć Jezusa podczas mszy świętej. Pewnego razu mój syn, który nie zdążył przystąpić do komunii, płakał do końca Eucharystii. Gdy wyszliśmy z kościoła, moja przyjaciółka zapytała o powód jego płaczu. Gdy jej odpowiedziałam – odrzekła, że rozumie ból mego dziecka, gdyż sama też nie może przystępować do Stołu Pańskiego. Łzy płynęły po jej policzkach. Stanowiło to dla mnie ogromne świadectwo wiary.

Sądzę, iż nie należy ukrywać przed dzieckiem swojej sytuacji. Warto porozmawiać z nim i opowiedzieć o powodach, dla których nie można przystępować do spowiedzi, a tym samym do komunii świętej. Nie należy bać się mówić mu o swoich uczuciach, nie wolno się ich wstydzić. Sądzę, że takie spotkanie będzie dla tego młodego człowieka ogromnym świadectwem budującym wiarę i na pewno zapamięta je na całe życie. Dzieci powinny rozumieć, dlaczego ich rodzice nie korzystają z tego, co sami im zachwalają. Nie warto podawać zmyślonych powodów – przecież w końcu odkryją prawdę.

Przygotowania dziecka do spowiedzi

Zrozumienie istoty grzechu niezwykle ułatwia odkrycie różnicy między dobrem a złem. Jeśli dziecko od najmłodszych lat odkrywa naturę dobra, łatwiej zacznie je rozpoznawać w przyszłości. To samo dotyczy istoty zła.

Dziecko jest nam podarowane przez Boga, czyli nie stanowi naszej własności. Zostało obdarowane przez Stwórcę wolną wolą, więc samo dokonuje i będzie dokonywać wyborów.

Możemy, póki się da, pokazywać, wpływać, sugerować, zabraniać – ale ten stan nie będzie trwał wiecznie. Z reguły kończy się szybciej, niż tego chcielibyśmy. Nie świadczy to źle ani o rodzicach oraz o ich sposobie wychowawczym, ani też o dzieciach.

W domu powinniśmy rozmawiać o Bogu, o zasadach naszej wiary, o tym, jak wiele Mu zawdzięczamy. Boża opieka towarzyszy każdej rodzinie, chociaż nie zawsze zostaje dostrzeżona. Takie rozmowy tworzą wspaniałą atmosferę, jednoczą, pozwalają otwierać się na siebie nawzajem i na Niego.

Gdyby udawało się zorganizować czas i chociaż raz w tygodniu spotkać na wspólnej modlitwie, to byłoby po prostu cudownie.

Proszę jeszcze, byśmy zachęcali nasze dzieci do zadawania pytań. Przecież nasz autorytet nie ucierpi, jeśli nie znamy odpowiedzi. Rozbudzanie ciekawości w sprawach wiary spowodujemy ogólny rozwój osobowości naszej i dzieci. Mogą one same znajdować odpowiedzi i przekazać je pozostałym członkom rodziny. Nabiorą przez to odwagi w zdobywaniu informacji oraz pewności siebie.

Zachęcam do czytania np. na dobranoc fragmentów z Pisma Świętego; można wybrać Biblię dla dzieci.

Pierwsza spowiedź dla dziecka stanowi nie lada wyzwanie. Choćby dlatego, że nie znalazło się ono jeszcze w takiej sytuacji.

Często dzieci pytają, po trzeba chodzić do spowiedzi?

Spowiedź podarował nam Pan Jezus, znał ludzi i wiedział, że będziemy potrzebować oczyszczenia. Dlatego po Swoim zmartwychwstaniu ustanowił ten sakrament. Święty Jan opisał ów moment w swojej Ewangelii (J 20, 21-23). Można przeczytać ten opis, a następnie o nim porozmawiać:

„A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec mnie posłał, tak Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Duch Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».”

Chrystus zostawił taką władzę apostołom tuż przed wniebowstąpieniem. Chciał, aby Ci, którzy pragną zmieniać swoje życie na lepsze, mieli taką możliwość. Mimo, iż w konfesjonale spotykamy kapłana, to grzechy wyznajemy Jezusowi.

Następne pytanie, które może się pojawić, brzmi: co to jest grzech?

Grzeszymy wtedy, gdy źle myślimy, mówimy, postępujemy, gdy zaniedbujemy swoje obowiązki, żyjemy wbrew temu, co nauczał Pan Jezus. Są grzechy lekkie i ciężkie. Lekkie nie odgradzają nas od Boga, możemy przystępować do Stołu Pańskiego, ponieważ sama Eucharystia je gładzi. Jednak należy wyznawać je podczas spowiedzi.

Wytłumaczyć grzech ciężki można w następujący sposób żyjemy na własnych warunkach, nie liczmy się z Bogiem. Tak można opisać skierowanie się do świata. Gdy jednak odkrywamy swój błąd, dostrzegamy popełniony grzech, to staramy się za wszelką cenę od niego odwrócić. Walczymy z nim i usiłujemy pokonać go swoimi metodami. Liczymy wyłącznie na własne siły, automatycznie popadając w kolejny grzech, którym jest pycha.

A chodzi o to, aby nie tylko odwrócić się od grzechu, lecz jednocześnie zwrócić się do Boga. W tym właśnie jest ratunek.

Skoro dostrzeżemy, że wszystko co dobre ma swój początek u Boga, wówczas wszyscy inaczej spojrzymy na nasze przewinienia. A na tym zasadza się rachunek sumienia. Często dzieci pytają, czy Pan Jezus będzie się gniewał?

 Gdy dziecko zaczyna odczuwać swoją grzeszność, często ulega emocjom: płacze, krzyczy, boi się, nawet bije słabszych od siebie. Słowem – poddaje się lękowi. Nie warto wtedy przesadnie reagować, choć oczywiście należy przeciwstawiać się aktom agresji. Takim momentom rodzice powinni przyglądać się z boku, zawsze gotowi nieść pomoc – ale dopiero wtedy, gdy jest naprawdę konieczna. Kiedy wszystko powróci do normy, porozmawiajmy z dzieckiem o tym, co się zdarzyło. Będzie to niezwykle cenne doświadczenie, ponieważ sporo dowiemy się o dziecku, udzielimy mu w dyskretny sposób pomocy, a jednocześnie wzmocnimy w nim poczucie pewności siebie. Można podzielić się własnymi doświadczeniami i opisać, radzimy sobie w podobnych chwilach. No i oczywiście koniecznie należy wspomnieć o modlitwie, nawet krótkiej. Każda okazja jest dobra, by przypomnieć o wzywaniu Bożej pomocy.

Spotkania przygotowujące dziecko do pierwszej spowiedzi powinniśmy rozpocząć nieco wcześniej. Dziecko przeżyje dobrze sakrament pojednania, gdy w swoim życiu samo spotka się z pełnym i bezwarunkowym przebaczeniem. Tylko w ten sposób nauczymy je przyjmować przebaczenie i samemu przebaczać. W tym sakramencie bowiem doznajemy wielkiego bożego miłosierdzia.

Zatem nadszedł moment na rachunek sumienia. Jest to czas, kiedy zastanawiamy się nad swoim życiem, sumieniem. Nie jest to łatwe dla dorosłych, a co dopiero dla tych, którzy zmagają się z nim po raz pierwszy. Rozpocznijmy od prześledzenia relacji dziecka z Bogiem, po czym spójrzmy na kontakty z innymi osobami – najpierw w rodzinie, potem w szkole, wśród kolegów.

Komunia, przygotowania w rodzinie

Już od najwcześniejszych lat życia w sposób naturalny trzeba tłumaczyć dziecku, po co chodzimy do kościoła. Można wyjaśnić, co oznaczają poszczególne części mszy świętej, i wspólnie zastanowić się, jak się podczas nich zachowywać, o czym rozmawiać z Bogiem. Nie powinniśmy się martwić, gdy mimo wszystko spotkamy się z protestem młodego człowieka przeciwko chodzeniu do kościoła. Jest to naturalny objaw, gdyż dziecko ma dużo obowiązków i po prostu brakuje mu sił. Właściwie dobrze, że szczerze wypowiada własne zdanie – oznacza to, iż ma zaufanie do rodziców.

Uczulajmy dziecko na różnicę między chlebem zwykłym a eucharystycznym. Jest to niezwykle istotne.

Często słyszałam takie zdanie: „Podnieś chleb z ziemi, bo to jest Jezus”. Tymczasem nie jest to Syn Boży, tylko kromka chleba. W głowie małego człowieka powstaje zamieszanie. Może on zagubić to, co najistotniejsze – a skoncentrować się na sprawach błahych. Oczywiście żywność trzeba szanować, lecz argumenty można przywołać inne.

Wiem, że nie zawsze udaje się wspólnie spotkać w ciągu tygodnia, aby spokojnie porozmawiać, a tym bardziej znaleźć czas na wspólną modlitwę. Jednak pamiętajmy o niej.

Wspólna modlitwa w domu pomaga również dziecku lepiej utrwalić modlitwy zadane do nauczenia się. Ich zaliczanie wzbudza sporo emocji; wydaje mi się, że niepotrzebnie. Dziewięciolatki są je w stanie opanować. Poznają przy tym podstawowe prawdy wiary – a nierzadko jest to jedyna taka okazja Mają na to w szkole dwa lata. Nigdy nie wiadomo, jak ułoży się ich dalsze życie.

Drugoklasiści mają także spotkania w kościele. Pilnujmy, by nie opuszczali ich bez powodu. Podczas tych zajęć poznają życie i naukę Jezusa. Ponadto często w jednej parafii do komunii przystępują uczniowie z różnych szkół, więc nadarza się okazja, by to zmienić.

Uroczystość pierwszej komunii w kościele jest zazwyczaj ubogacona i nie przebiega tym samym rytmem co każdej niedzieli. Zwykle następuje procesjonalne wprowadzenie do kościoła, aktywny udział w liturgii dzieci i rodziców. Można wymienić czytania, wnoszenie darów na ołtarz, podziękowania.

W niektórych parafiach już na kilka tygodni przed tym ważnym dniem dzieci spotykają się na mszy świętej w niedziele i są uroczyście wprowadzane do kościoła, siadają na tych miejscach, które zajmą podczas komunii, czytają czytania, śpiewają znane dobrze piosenki, a kapłan zwraca się do nich podczas kazania, zaś tuż przed Eucharystią tłumaczy znaczenie poszczególnych jej części. Pozwala na uczestniczenie w przyszłej uroczystości z większym zaangażowaniem. Prócz tego utrwaleniu ulegają wszystkie czynności, które trzeba będzie wykonać.

Jak to dobrze, że na katechezy zaprasza się również rodziców. Jednym z ważnych aspektów tych spotkań jest tworzenie wspólnoty.

Sam dzień pierwszej komunii powinien przebiegać spokojnie i w dobrej atmosferze. Dlatego nie śpieszmy się. Pobłogosławmy je. tuż przed wyjściem do kościoła. Ta chwila na zawsze pozostanie w jego pamięci, więc niech będzie uroczysta. Nie potrzeba wielkich słów. Na czole dziecka kreślimy znak krzyża i mówimy „błogosławię Cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Ucałujmy je – i w drogę.

Na to, co ma się wydarzyć w świątyni, dziecko jest już przygotowane. Zazwyczaj kapłani zapraszają rodziców do aktywnego udziału w liturgii. Przebieg zależy od zwyczajów panujących w parafii.

Sam moment, w którym Jezus przybywa do serca naszego dziecka, przynosi nadzwyczajne wzruszenia. Jest to czas, kiedy i my możemy się z Nim zjednoczyć. Natomiast jeśli ktoś nie może przystępować do stołu Pańskiego, to proponuję wzbudzić pragnienie zaproszenia Jezusa do serca. Mimo przeszkód odgradzających od ołtarza zawsze można się modlić. Niech radość naszych dzieci stanie się naszą radością. Po komunii uwielbiajmy Boga, jest to odpowiedni moment.

A po zakończonej Eucharystii podziękujmy Mu za ten dzień. Jezus razem z dzieckiem przychodzi do całej rodziny i przynosi Swoje błogosławieństwo.

Dzieci zazwyczaj bardzo przeżywają udział we mszy świętej. Nawet te, które są ruchliwe i na co dzień sprawiają sporo kłopotów swym zachowaniem, w tym dniu zachowują się w kościele idealnie. Interpretować to można w różny sposób. Jednak nie ma wątpliwości, iż jest to znak spotkania z Chrystusem, a każde spotkanie z Nim przemienia człowieka.

Następnie rozpoczyna się świętowanie w domu. Tego na pewno wiele osób się obawia. Niepotrzebnie. Zauważmy, że na tle ogromu przygotowań do spowiedzi i komunii waga tego etapu nie jest największa.

Zwykle w godzinach popołudniowych jeszcze raz spotykamy się w kościele na nabożeństwie i rozdaniu pamiątek. Drugoklasiści robią wspólne zdjęcia. Święto trwa.

Popołudnie to również dobry czas na oglądanie prezentów.

Pamiętajmy o „białym tygodniu”. Stanowi on przedłużenie święta spotkania się z Jezusem. Towarzyszmy dziecku codziennie w kościele, jeśli to możliwe. Niektórzy zapraszają gości na każdy dzień, najpierw na mszę, a później do domu. Jest to dobre rozwiązanie, jeśli mamy małe mieszkanie. Na zakończenie dnia podziękujmy Bogu za ten dar.

Co dalej?

Dzień, kiedy Pan Jezus po raz pierwszy przychodzi do serca naszego dziecka, przynosi błogosławieństwo całej rodzinie, warto o tym pamiętać. Odkąd Jezus zagościł w duszy naszych dzieci, my rodzice możemy odetchnąć. Sam Bóg zadba o nie. Jednak, podobnie jak dbamy o rozwój fizyczny i zdrowie, musimy pielęgnować ich dalszy wzrost duchowy.

Jak to zrobić, od czego zacząć?

Na pewno od wspólnej modlitwy. Nie zaprzestawajmy jej, odkąd nastąpi moment komunii. Dziecko w ten sposób uczy się rozmawiać z Bogiem, a towarzyszenie rodziców daje mu poczucie bezpieczeństwa. Dziewięciolatki potrzebują naszego wsparcia, mimo że ich walka o własną autonomię może wskazywać na coś zupełnie innego.

Następny krok to rozmowa. Nie wypytywanie dziecka, lecz słuchanie. Jest to niewątpliwie trudna sztuka. Jednak, gdy ją posiądziemy, to na pewno będziemy mieli dobry kontakt z synem, czy córką. Nie trzeba rozpoczynać rozmowy od tematów dotyczących wiary, lecz od spraw mu bliskich: szkoły, kolegów, rodzeństwa, różnych wydarzeń. Wspólnie wyciągajmy wnioski, pozwólmy dziecku je zinterpretować, a następnie odnośmy je do nauki Jezusa.

Koniecznie trzeba pozwolić na samodzielną ocenę moralną różnych sytuacji, w ten sposób uczymy wartościowania czynów. Dziecko samo ponosi odpowiedzialność za swoje postępowanie i dlatego musi umieć dokonywać wyboru między dobrem a złem. A przede wszystkim powinno je rozpoznawać. Przy okazji watro dowiedzieć się, czego się boi. Można powiedzieć mu o własnych lękach. Nie trzeba się ich wstydzić, nie świadczą one o naszej słabości, nie stracimy autorytetu. Lęk towarzyszy człowiekowi przez całe życie, jest czymś naturalnym, po prostu powinniśmy nauczyć się go pokonywać.

Atmosfera miłości stanowi ważny aspekt życia w rodzinie. Pewność, że jest się kochanym bez względu na wszystko, jest wręcz konieczna dla prawidłowego rozwoju. Dziecko swoje uczucia z taty przenosi na Boga. Gdy w kościele słyszy o dobrym Ojcu albo o wspaniałej Matce, Marii, to najpierw myśli o swoich rodzicach. Pamiętajmy o tym.

Wydawać się może, że pomagać podczas rachunku sumienia trzeba tylko przy pierwszej spowiedzi. Jest to błędne przekonanie. Nadal dziecko wymaga towarzyszenia, podpowiedzi, ciągłego doświadczania przebaczania. Łatwiej dostrzeże przebaczającego Ojca.

Kiedyś mój syn zapytał, skąd wiem, że muszę już iść do spowiedzi? Odpowiedziałam, że wtedy, gdy przestaję się uśmiechać. Potwierdził ten argument, bo właśnie najmłodsze istoty w domu najszybciej i najdotkliwiej odczuwają smutek mamy.

Trzeba pilnować i zachęcać dzieci, aby przystępowały do spowiedzi i komunii. Nie wolno tego bagatelizować. Są to zagadnienia ogromnej wagi. Zawsze mamy prawo o nie pytać i o nie się troszczyć.

Ewa Rozkrut

fragmenty z książki „Jak dobrze przygotować dziecko do I Komunii Świętej?”. Książkę można nabyć wysyłkowo w Księgarni Mateusza.

 

 

 

© 1996–2004 www.mateusz.pl

 

 

Pliki do pobrania

Św Teresa od Jezusa ,dziewica z Avili Wielka ur 1582 "matka Karmelu Tetezjańskiego i zawsze wierna córa Kościoła" JPII

"Patrzyła z uwagą na swego Zbawiciela i wszystko zapisywała co do niej mówił"

TERESA Z AVILA - DOŚWIADCZENIA

Teresa z Avila znana też jako Teresa od Jezusa urodziła się 28 marca 1515 roku w Avila, 80 km od Madrytu. Hiszpańska mistyczka i wielka reformatorka. Jej rodzice pochodzili z nawróconych żydów.

Teresa kochała towarzystwo i spotykała się ze wszystkimi przyjaciółmi w swoim mieście. Była przez całe życie bardzo atrakcyjną osobą. Już w 15 roku życia odznaczała się wielką urodą. Pełna osobistego uroku, wesoła i inteligentna, była w centrum życia towarzyskiego. Lubiła tańczyć. Umiała się pięknie ubierać, a nawet kiedy już zaczęła nosić zakonny habit, nosiła go z wielkim wdziękiem i elegancją.

"... co do życia zakonnego miałam do niego wstręt niewypowiedziany ... (Słowa Teresy)

Więc jakże to się stało, że swoje życie właśnie w ten sposób poświęciła Bogu? Ojciec jej zauważył, że jej zachowanie do chłopców było zbyt luźne i zbyt nadmierne jak na jej wiek. Po śmierci Teresy matki zadecydował aby umieścić ją pod opieką karmelitańskich zakonnic. Teresa nie czuła się zbyt mocno związana z Bogiem. Wolała dobre ciastka i piękną odzież, co raczej jest normalną rzeczą dla nastolatków. Doceniała swoją urodę, ale nie czuła się powołana do małżeństwa. W zakonie musiała się podporządkować zakonnym regułom. Uczęszczała codziennie do kaplicy na modlitwy. Po 2-ch latach opuściła zgromadzenie i rozpoczęła ponownie światowe życie. Lecz w wieku 17 lat nagle zachorowała na "dziwną chorobę", która trzymała ją w izolacji od ludzi przez 4 lata.

Przez ten czas cierpiała na intensywne bóle całego ciała, ataki konwulsji i często bywała całkowicie sparaliżowana. 21- letnia Teresa z Avila w 1526 roku stała się bardziej religijna. Nagle przestała interesować się chłopcami, dobrym jedzeniem i pięknymi rzeczami. Od tej pory dawało się u niej zauważać dziwną przemianę. Z każdym dniem zwiększało się jej zainteresowanie Bogiem. Nadal była chora, ale jej cierpienie powodowało u niej szybką dojrzałość.

Wróciła z powrotem, potajemnie w roku 1534 do zgromadzenia karmelitanek. Zakonnice nazywały ją jej imieniem. Zauważały, że Teresy ciało pozostawało często bardzo zimne jak u martwych osób. Po 25 latach jej chorobowe ataki przemieniły ją w zupełnie inną naturę. W wieku 43 lat nadal cierpiała. Jej objawy choroby dla wszystkich wydawały się bardzo dziwne. Nagle zatrzymywał się jej puls i bicie serca, dłonie i stopy bywały niesamowicie zimne, ciało nie zdradzało żadnych życiowych impulsów. Nawet uważano ją przez 4 dni za martwą i otworzono dla niej grób. Ale ona nagle się obudziła i zaczęła opowiadać o spotkaniu z Bogiem.

... nagle poczułam obecność Boga wokół mnie. Nie miałam wątpliwości, że Bóg jest we mnie. a ja byłam zaabsorbowana tylko Nim...

Bliskie połączenie Teresy z Bogiem i jej oczyszczenie w procesie "dziwnej choroby" otworzyło jej w pełni furtki do Boga. Teresa wybrała życie w samotności, pełne wyrzeczeń, co dzień jednoczyła się mocno z Bogiem i cały czas zmagała się ze swoja chorobą. W wieku prawie 50 lat osiągnęła wreszcie spokój.

Jej choroba, która w ówczesnych czasach nigdy nie została zdiagnozowana według dzisiejszych rozpraw naukowych przez wielu psychiatrów i neurologów uznawana jestza masywne przebudzenie kundalini - oczyszczenie ciała, umysłu i duszy. Kiedy jej spirytualny proces zakończył się nie cierpiała już więcej na epilepsję. Nagle w swoim ciele poczuła potężną energię.

Kiedy powróciła do życia po 4-ch dniach własnej śmierci, zaczęła nadal wieść życie towarzyskie. Była powierniczką ludzkich problemów. Potrafiła rozmawiać z innymi godzinami. Któregoś dnia usłyszała głos:

... chcę abyś odtąd rozmawiała nie z ludźmi, ale z aniołami ...

Od tej pory czuła przy sobie obecność Jezusa. Zdała sobie sprawę, że prowadzi swoje życie poniżej swoich zdolności duchowych. Zaczęła się koncentrować na modlitwie. Przeszła też przez falę udręk duchowych i wątpliwości. Jej przeżycia mistyczne były wielokrotnie podważane przez ludzi, a ta rosnąca podejrzliwość wokół niej mocno ją bolała. Była pewna swoich mistycznych objawień. Jezus stał się miłością jej życia i dla Niego wybrała życie zakonne. Kochała Go tak bardzo, że mówiła:

... Panie, niech ci inni lepiej służą niż ja i niech szczęście, które im gotujesz będzie większe od mojego. Ale, żeby cię miał kto więcej kochać ode mnie tego nie ścierpię ...

Znosiła szyderstwa i wrogość. Szykanowali ją spowiednicy i na ich życzenie musiała spisać historię swojego życia.

Chrześcijańska mistyczka z XVI wieku wyjaśniła w zaskakujący sposób 7 wewnętrznych "dusz" i opisała jak w końcu dusza osiąga duchowe małżeństwo z Bogiem. W bardzo podobny sposób małżeństwo żeńskiej energii Shakti i męskiej Shivy zostało przedstawione w hinduizmie. Teresa nie miała najmniejszego pojęcia o sanskrytach hinduskich. Ciekawą jest rzeczą, że również Eskimosi Iglulik opisali w podobny sposób "iluminujący ogień" penetrujący w ciemności nawet przy zamkniętych oczach. Teresa widywała Jezusa Chrystusa, opisała wiele wizji. Była też mocno związana z Jego Matką Maryją.

Teresa cierpiała w swoim życiu długie lata. Urodziłam się z cierpieniem, które znoszę z powagą i zadowoleniem, tylko wówczas kiedy się pojawił pierwszy ból, który był zbyt duży, byłam nieposłuszna. Te następne są mniej bolesne. Byłam całkowicie oddana Bogu, nawet kiedy On obciążył mnie zbyt mocno. Inne siostry dziwiły się, że Bóg okazał mi tyle cierpliwości.

Opisała bardzo dużo swoich mistycznych doświadczeń. Wyjaśniła swoją "dziwną chorobę". Swoją 4-dniową śmierć określiła jako unię duszy z Bogiem i jej śmierć dla świata fizycznego. Zmartwychwstanie w dniu jej pogrzebu, kiedy nagle prawie w ostatniej chwili przebudziła się i nowe narodzenie w świecie duchowym. Wspaniale opisała własną transformację poprzez wewnętrzny ogień, który oczyścił ją zupełnie z poprzednich błędów.

Jej doświadczenia przypominają wszystkie objawy budzącego się Kundalini.

...Mój dźwięk w głowie brzmi niczym w pełni napełnione rzeki i jak wszystkie wody w tych rzekach biegną naprzód i jak małe pogwizdujące ptaki, nie w uszach, ale tam w górnej części głowy, tam gdzie znajduje się siedziba duszy. Coraz częściej nie potrafię jej ujrzeć ona wyfruwa w górę z wielką prędkością ...

"Ogień Duszy" - Kundalini wzrasta wzdłuż kręgosłupa. Połączenie Energi Kundalini z Wielkim Ogniem idącym z nieba - zwanym w chrześcijaństwie Duchem Świętym jest połączeniem duszy człowieka z Bogiem - Chrzest Ducha Świętego.

Teresa w obliczu objawień ze świata duchowego uświadamia sobie, że nie wolno polegać na samej sobie, ale należy szukać oparcia w łasce Bożej. W czasie swoich mistycznych przeżyć doznawała żywych uczuć Boga, że On jest w niej, a ona w Nim. Pojmowała, że takich łask Bóg użycza "tylko tym, którzy już nabyli doskonałej czystości sumienia", ale później zrozumiała, że również w ten sposób Bóg przyciąga do siebie dusze jeszcze niedoskonałe.

... czasem, gdy przychodziły te chwile nie mogłam się im oprzeć, czasem znowu, kiedy chciałam nie mogłam ich przywołać ...

Doznawała stanów tzw. zachwycenia, aby je określić używała terminów: porwanie, wyniesienie, lewitacja, uniesienie ducha, poryw, pęd lub zawieszenie zmysłów. Stan doznawany podczas zachwyceń, kiedy światło i miłość Boga wdzierają się w duszę przypomina słodką śmierć.

...śmierć mówię, zupełna, bo dusza ta jest oderwana od wszystkich czynności, które spełnia mieszkając w tym ciele. Słodka, mówię i rozkoszna, bo choć dusza jest zatrzymana w więzieniu swoim, to przecież się z niego wyzwala, aby się cała pogrążyła w Bogu ...

Z chwilą jednak, gdy przez zaślubiny duchowe dusza stanie się oblubienicą Chrystusową te zachwycenia zdarzają się coraz rzadziej i w końcu ustają. Jest to tylko część drogi duchowej. Wszystkie doświadczenia mistyczne wywołują szkodę dla zdrowia, ale przejawy Bożego działania powodują dobroczynne i trwale skutki. Zachwycenia ustają kiedy dusza zmienia się całkowicie i pogrąża w Bogu.

Ziemia i Uniwersum są środowiskami zawierającymi proste piękno i mistykę. A te trzymają ludzki umysł w stymulacji i rzucają mu wyzwanie. Poprzez wieki rodziły się umysły mężczyzn i kobiet - geniusze, które odpowiadały na pytania w doświadczeniach człowieka, zarówno natury ziemskiej jak i religijnej. Nie ważne czy byli to wielcy naukowcy, kapłani, mistycy, czy prości ludzie, ale zostali obdarzeni w indywidualne wartości i mądrość, niemożliwą dla ogarnięcia przez resztę umysłów.

Dzisiaj, według naszej wiedzy zdajemy sobie sprawę, że ludzkie ciało i jego funkcje są genetyczną inżynierią, a życie wynosi nas na wyższy poziom ewolucji. Człowiek poprzez wzrost własnej świadomości dosięga wyższego zrozumienia. Budda, Sokrates, Jezus, Teresa z Avila, Gandhi ... są tylko nielicznymi przykładami naszej biologicznej ewolucji. Indywidualny geniusz i mistyczna moc czynią człowieka mądrym i świętym.

Znane jest, że Kundalini jest odpowiedzialne za twórczość, geniusz i mistyczne doświadczenia. W pełni otwarte Kundalini i zjednoczenie duszy z Bogiem, otwiera Kosmiczną Świadomość. Nie ważne w jakiej społeczności i religii żyje ten człowiek, ważne, aby osiągnął wielką czystość, a wówczas Bóg zawsze pozwoli mu na jasne zrozumienie i doświadczenia Jego obecności w swoim wnętrzu.

Teresa z Avila miewała wiele mistycznych przeżyć. Opisuje przebicie swojego serca, które powtarzało się wielokrotnie:

... widziałam anioła stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej. W taki sposób nigdy nie widuje się aniołów, chyba bardzo wyjątkowo ... nie był wysokiego wzrostu, mały raczej, ale piękny. Ujrzałam w ręku tego anioła długą włócznię, zdało mi się, kilkakrotnie serce mi przebił, zgłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam uczucie jakby wraz z nią wnętrzności wyciągał, tak mnie postawił całą gorejącą zapałem miłości Bożej ...

Podobny opis można znaleźć w listach Ojca Pio. Dziwny zbieg okoliczności? Ojciec Pio noszący stygmaty i Św. Teresa z Avila, która twierdziła, że jej serce jest przebite i, że jest w nim krwawa rana. Po jej śmierci zrobiono jej sekcję zwłok i okazało się prawdą, że jej serce krwawiło. Była tam rana.

Teresa w czasie swojej choroby często zaprzestawała się modlić. Bywały okresy, że miała w sobie wielki żal do Boga za swoje cierpienia. Ale zdawała sobie sprawę, że bez Boga nie narodziłaby się od nowa. W wieku 41 lat wróciła do stałych modlitw i kontemplacji, ale kiedy tylko rozpoczynała modlitwy jej ciało spontanicznie lewitowało. Zdarzało się to też w czasie nabożeństw, na oczach innych ludzi. Siostry zakonne siadały zawsze blisko niej i trzymały ją, aby nie odpływała.

W późniejszym okresie jej życia uzyskała całkowitą równowagę i spokój, ale bywało wcześniej, że była zazdrosna i podejrzliwa. W wieku 43 lat zadecydowała, że nadszedł czas by zmienić swoje życie. Dużo podróżowała i wypełniała z wielką powagą swoje obowiązki. Była atakowana i mocno krytykowana za swoją postawę reformatorki. W wieku 52 lat rozpoczęła swoją duchową misję. Modlitwa i kontemplacja doprowadziły ją do doskonałości. Nigdy, aż do końca życia nie osłabła w swojej pracy. Nie miała łatwego życia, żyła w okresie inkwizycji i nie uszła ich uwagi. Pozostawiła po sobie poezje, "Autobiografię", "Drogę do doskonałości", ‘’Twierdzę wewnętrzną’’ i inne pozycje. Jej symbolem jest anioł przeszywający jej serce strzałą miłości, gołąb, krzyż, pióro i książka.

... Modlitwa jest niczym innym jak tylko aktem miłości ... (Autobiografia Teresy z Avila)

...Modlitwa serca jest jak iskra prawdziwej miłości Boga, którą Pan zaczyna zapalać w naszej duszy ...

... Jakże bardzo pożytecznym starać się przebywać w możliwie dużej samotności,
ażeby ułatwić Bogu działanie i pozwolić Mu na działanie w nas, jak we własnym domu ...

... i żeby Go szukać nie potrzebujesz skrzydeł, ale wystarczy, żebyś się odnalazł w samotności, a będziesz Go kontemplować w samym sobie ...

Zmarła w wieku 67 lat i uznawana jest za wielką chrześcijańską mistyczkę. Prawie całe życie poświęciła Bogu.

Sri Chinmoy tak o niej napisał: ...W Hiszpanii, Teresa z Avila ofiarowała światu coś niezmiernie ważnego. Jej doświadczenia mistyczne i jej największy sukces - Boskie małżeństwo pomiędzy jej duszą a Chrystusem udowadnia, że człowiek może dążyć do zjednoczenia z Bogiem, nie zważając na beznadziejny swój stan. Człowiek i Bóg mogą paść sobie w ramiona ...

PO MISJACH ....POZNAĆ MIŁOŚĆ CHRYSTUSA Św Małgorzata Maria Alacoque 24.10.2019 r bardzo ciekawe wezwanie.

Z listów św. Małgorzaty Marii Alacoque, dziewicy  (Vie et Oeuvres 2, Paris 1915, 321. 336. 493. 554)


Poznajmy miłość Chrystusa przewyższającą wszelką wiedzę

Gorące pragnienie naszego Pana, by Jego Najświętsze Serce doznawało szczególnej czci, zmierza - jak sądzę - do odnowienia w naszych duszach skutków Odkupienia. Najświętsze Serce Jezusa jest bowiem niewyczerpalnym źródłem, które nic innego nie pragnie, jak tylko wypełnić sobą serca pokorne, aby były wolne i gotowe poświęcić życie zgodnie z Jego świętą wolą.

Z tego Bożego Serca nieustannie wypływają trzy strumienie: pierwszy jest strumieniem miłosierdzia dla grzeszników, strumieniem sprowadzającym ducha żalu i pokuty; drugi jest strumieniem miłości niosącym pomoc wszystkim uciśnionym, zwłaszcza tym, co dążą do doskonałości, by mogli znaleźć moc do pokonania przeszkód. Z trzeciego zaś strumienia płynie miłość i światło dla wiernych Jego przyjaciół, których pragnie zjednoczyć z sobą przekazując im swą naukę i przykazania, aby każdy z nich na swój sposób poświęcił się całkowicie pomnażaniu Jego chwały.

To Boże Serce jest niezgłębioną otchłanią wszelkich dóbr, do której ubodzy mają się zwracać we wszystkich swoich potrzebach. Ono jest otchłanią radości, w której przepadają wszystkie nasze smutki. Jest otchłanią pokory przeciwko naszej pysze; jest otchłanią miłosierdzia dla nieszczęśliwych, jest wreszcie otchłanią miłości, w której powinniśmy ukryć całą naszą nędzę.

We wszystkim, co czynicie, chciejcie się jednoczyć z Sercem Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Na początku dla osiągnięcia właściwego usposobienia, przy końcu dla zadośćuczynienia. Nie czynicie żadnego postępu w modlitwie? Ofiarujcie Bogu modlitwę, którą Boski Zbawiciel zanosi za nas w Najświętszym Sakramencie Ołtarza. Ofiarujcie Jego żarliwość jako wynagrodzenie za waszą letniość. We wszystkim, co czynicie, mówcie: "Boże mój, czynię to lub znoszę w Sercu Twego Syna, według świętych Jego pragnień, jakie ofiaruję Tobie na wynagrodzenie za wszystko, co jest grzeszne i niedoskonałe w moich czynach". Tak czyńcie we wszystkich okolicznościach życia. Kiedy zaś spotka was jakaś przykrość, udręczenie lub niesprawiedliwość, wtedy tak mówcie do siebie: "Przyjmij ochotnie to, co dla zjednoczenia się z tobą zsyła na ciebie Najświętsze Serce Jezusa".

Nade wszystko zaś zachowajcie pokój serca, który przewyższa wszelkie skarby. Do jego utrzymania nic bardziej nie pomaga jak wyrzeczenie się własnej woli i przyjęcie zamiast niej woli Bożego Serca, aby ta dokonywała w nas wszystkiego, co służy Jego chwale, my zaś abyśmy z radością poddawali się jej i we wszystkim jej ufali.
 

RESPONSORIUM

Mt 11, 25-26; Ps 73, 26

W. Wysławiam Cię, Ojcze, † Panie nieba i ziemi, / że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, / a objawiłeś je prostaczkom. * Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.

K. Bóg moją opoką, moim udziałem na wieki. W.Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie.
 

MODLITWA
 

Módlmy się. Wszechmogący Boże, ześlij na nas Ducha, którym w szczególny sposób obdarzyłeś świętą Małgorzatę Marię, † abyśmy poznali przekraczającą wszelką wiedzę miłość Chrystusa *i mieli udział w pełni życia Bożego. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, † który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, *Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

Perełki św. Małgorzaty Marii Alacoque

KSIĄŻKI

Święta Małgorzata Maria Alacoque, francuska wizytka i mistyczka żyła w latach 1647-1690. Przez ponad półtora roku Pan Jezus w objawieniach przedstawiał jej swoje Serce, bezgranicznie kochające ludzi i oczekujące ich miłości. Siostra Małgorzata opisała w swoim Pamiętniku Duchownym trzydzieści spośród tych objawień. Mistyczne dialogi z Jezusem wzywającym do rozszerzenia kultu Jego Najświętszego Serca stanowią treść Perełek, wydanych przez Wydawnictwo WAM.

Małgorzata nazywana jest "świętą od Serca Jezusowego". W jednym z listów tłumaczy: To Boże Serce jest niezgłębioną otchłanią wszelkich dóbr, do której ubodzy mają się zwracać we wszystkich swoich potrzebach. Ono jest otchłanią radości, w której przepadają wszystkie nasze smutki. Jest otchłanią pokory przeciwko naszej pysze, jest otchłanią miłosierdzia dla nieszczęśliwych, jest wreszcie otchłanią miłości, w której powinniśmy ukryć całą naszą nędzę.

Perełki św. Małgorzaty Marii Alacoque - audiobook, 1 płyta CD z mp3

Wybór tekstów przygotowano na podstawie książki: Pamiętnik Duchowny św. Małgorzaty Marii Alacoque, Kraków 1947
Wybór, opracowanie tekstów: Jerzy Sermak SJ
Czytają: Anna Piróg-Karaszkiewicz, Jakub Kosiniak