Św Stanisław Kostka patron dzieci i młodzieży *//zapoznaj się z całą liturgią dnia dzisiejszego i Brewiarzem z całego dnia ale zobacz tez jak piękne jest słowo w brewiarzu z piątku dnia zwykłego//*na naszej stronie zobacz w galerii 2020 Brewiarz 8 str ja

Wyjątek ze sprawozdania rocznego o stanie Kolegium w Wiedniu (Arch. Rz. Tow. Jezusowego, Epist. Germaniae, 140 nn. 75 r.)

W dzień i w nocy rozmyślał o Panu Jezusie i Towarzystwie Jezusowym

Pewien młody Polak, szlachetnego rodu, lecz bardziej jeszcze szlachetny cnotą, przebywał u nas w Wiedniu przez dwa lata i nalegał o przyjęcie go do zakonu. Spotykał się jednak zawsze z odmową; nie wypadało przyjmować go bez zgody rodziców, był bowiem naszym konwiktorem i uczniem naszego gimnazjum, poza tym zaistniały jeszcze inne powody odmowy. Nie mając więc nadziei na urzeczywistnienie tutaj swoich zamiarów, wyruszył przed paroma dniami w niewiadomym kierunku, pragnąc zapewne uczynić to gdzie indziej.

Zostawił on wielki przykład stałości i pobożności; wszystkim drogi, nikomu nie przykry, młody wiekiem, ale dojrzały roztropnością, niewielki wzrostem, lecz wielki duchem. Słuchał codziennie Mszy świętej, częściej od innych się spowiadał i przyjmował Komunię świętą, i długo się modlił. Studiował retorykę i nie tylko dorównywał innym w nauce, ale i prześcigał tych, którzy do niedawna go przewyższali.

Dzień i noc rozmyślał o Panu Jezusie i o Towarzystwie Jezusowym. Ze łzami prosił przełożonych o przyjęcie, pisał też listy do legata papieskiego, by nakłonił naszych do tego. Lecz wszystko na próżno. Dlatego postanowił wbrew woli rodziców, braci, znajomych i powinowatych gdzie indziej i na innej drodze szukać dostępu do Towarzystwa Jezusowego. A gdyby i to mu się nie powiodło, postanowił całe życie pielgrzymować, wzgardzony i ubogi dla miłości Chrystusa.

Nasi zaś, skoro poznali jego myśli, zaczęli mu to odradzać i zachęcali, by wyruszył w drogę wraz ze swoim bratem, który wkrótce miał powracać do ojczyzny. Zapewniali go również, że rodzice przychylą się do jego zamiarów, gdy zobaczą jego stałość. On jednak twierdził przeciwnie, że lepiej od innych zna swoich rodziców i że daremnym byłoby wyczekiwać tego od nich, a uważa, że powinien spełnić to, co obiecał Chrystusowi.

Tak więc, gdy ani wychowawca, ani spowiednicy nie mogli go odwieść od powziętego postanowienia, pewnego poranka, po przyjęciu Komunii świętej, opuścił Wiedeń bez wiedzy swojego opiekuna i swojego brata. Wyrzekł się dość znacznej ojcowizny, pozostawił odzież, której używał w domu i w szkole, a przywdziawszy płócienne i pospolite odzienie, z kijem w ręku udał się w drogę jak zwyczajny ubogi prostak. Tylko Bóg wie, co będzie z nim dalej, ufamy jednakże, że to wszystko się stało nie bez natchnienia Bożego. Był zawsze taki stały w swoim postanowieniu, iż wydaje się nam, że w tym wypadku działał pod wpływem łaski, a nie z jakiegoś chłopięcego kaprysu.

RESPONSORIUM

1 Kor 7, 29. 30. 31; 2, 12

W. Czas jest krótki. † Trzeba więc, aby ci, co się radują, / tak jakby się nie radowali; / a ci, którzy używają tego świata, / tak jakby z niego nie korzystali. * Przemija bowiem postać tego świata.

K. A myśmy nie otrzymali ducha świata. W.Przemija bowiem postać tego świata.

Litania do św. Stanisława Kostki

Kyrie elejson – Chryste Elejson, Kyrie elejson
Chryste usłysz nas – Chryste wysłuchaj nas
Ojcze z nieba Boże – zmiłuj się nad nami
Synu Odkupicielu świata Boże – zmiłuj się nad nami
Duchu Święty Boże – zmiłuj się nad nami
Święta Trójco jedyny Boże – zmiłuj się nad nami

Święta Maryjo – Królowo wyznawców – MÓDL SIĘ ZA NAMI
Święty Stanisławie, gorliwy w służbie Bożej
Święty Stanisławie, wierny wyznawco Chrystusa
Święty Stanisławie, wielki czcicielu Najświętszego Sakramentu
Święty Stanisławie, wierny synu Maryi Panny
Święty Stanisławie, zwycięzco samego siebie
Święty Stanisławie, panujący nad swymi popędami
Święty Stanisławie, gorliwy w wypełnianiu powołania
Święty Stanisławie, mężny wśród przeciwności
Święty Stanisławie, zwycięzco złych mocy
Święty Stanisławie, wzorze skromności i czystości
Święty Stanisławie, wzorze miłości rodziców
Święty Stanisławie, przykładzie posłuszeństwa
Święty Stanisławie, wzorze pilności i pracowitości
Święty Stanisławie, ozdobo życia zakonnego
Święty Stanisławie, łaską dobrej modlitwy przez Boga obdarowany
Święty Stanisławie, któryś wierny powołaniu trudną podróż odbył
Święty Stanisławie, którego także czas wypoczynku do Boga zbliżał
Święty Stanisławie, w chorobie Ciałem Chrystusa nakarmiony
Święty Stanisławie, któryś błogosławioną śmierć swoją przepowiedział
Święty Stanisławie, którego świętość znana jest na całym świecie
Święty Stanisławie, któryś imię Polski na całym świecie rozsławił
Święty Stanisławie, któryś Ojczyznę nasz w niebezpieczeństwach ratował
Święty Stanisławie, patronie młodzieży polskiej
Święty Stanisławie, wielki synu Mazowsza

Abyśmy z Bogiem i ludźmi w przyjaźni żyli – UPROŚ NAM U BOGA
Abyśmy wolę Bożą wiernie wypełniali
Abyśmy cnoty Twe naśladowali
Abyśmy pokusy szatana, świata i ciała zwyciężali
Abyśmy bez sakramentów świętych z tego świata nie zeszli
Abyśmy zbawienia wiecznego dostąpić mogli

Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – przepuść nam Panie
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – wysłuchaj nas Panie
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata – zmiłuj się nad nami

K: Prostymi drogami przeprowadził Pan sprawiedliwego

W: I ukazał Mu Królestwo Boże
Módlmy się:
Boże, który wśród wielu cudów swej mądrości w młodym nawet wieku udzielasz łaski dojrzałej świętości, spraw prosimy, abyśmy za przykładem św. Stanisława gorliwie czas pracą wypełniając zdążali do wiekuistego zbawienia. Przez Chrystusa Pana naszego.
Amen.

X TYDZIEŃ WYCHOWANIA 13-19.09.BR.

Budujmy więzi” 13-19 września 2020 r. „Kerygmat powinien skupić się na Panu Jezusie jako kochającym bracie,
przyjacielu, który pomaga jak najlepiej przeżywać relacje…”
(Dyrektorium o katechizacji 2020, pkt 247)

Drodzy Rodzice, Duszpasterze, Nauczyciele i Wychowawcy,

w tym roku przypada setna rocznica urodzin św. Jana Pawła II, którego można nazwać „papieżem relacji”. Ten charakterystyczny rys sylwetki Papieża Polaka był widoczny już w jego kapłańskiej posłudze (środowisko nazywało go „Wujkiem”), a później w czasie dwudziestu siedmiu lat trwania jego pontyfikatu. Dialog ekumeniczny i międzyreligijny, prośba o przebaczenie skierowana, do tych, którzy cierpieli z winy synów i córek Kościoła, spotkania z uczonymi, reprezentującymi różne kierunki myślenia, to tylko niektóre z działań św. Jana Pawła II, świadczących o stylu, w jakim realizował swój pontyfikat. Sam Ojciec Święty był mistrzem w nawiązywaniu relacji.

„Budujmy więzi” to hasło tegorocznego, X Tygodnia Wychowania w naszej Ojczyźnie. Potrzeba relacji należy do najważniejszych potrzeb człowieka. Przeżywanie wiary polega na rozwijaniu relacji z Bogiem. Relacje małżeńskie i relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi mają fundamentalne znaczenie dla procesu wychowania, począwszy od wczesnego dzieciństwa. Proces ten opiera się też na relacjach w rodzeństwie, na więziach łączących członków rodziny oraz na relacjach z nauczycielami i wychowawcami. Zaburzenie którejś z tych relacji wpływa w bardzo niekorzystny sposób na dojrzałość wychowanka, a negatywne skutki takich braków mogą towarzyszyć człowiekowi nawet do końca życia. Wszelkie działania terapeutyczne i kierownictwo duchowe również opierają się na relacjach. Stąd tak ważna jest troska o budzenie świadomości znaczenia relacji w naszym życiu. Nieocenione znaczenie ma również pomoc w kształtowaniu dojrzałych, głębokich więzi. Potrzeby te stały się szczególnie wyraźne wobec wyzwań, jakie postawiła przed nami sytuacja pandemii, której wpływ na nasze życie wciąż odczuwamy.

Problematyka budowania wzajemnych relacji będzie przedmiotem refleksji, którą podejmować będziemy w naszej Ojczyźnie w dniach od 13 do 19 września 2020 roku. X Tydzień Wychowania poprzedzi List Pasterski Episkopatu Polski na niedzielę, 6 września 2020 r. Pomoce do zastosowania w ramach Tygodnia Wychowania, w związku z sytuacją epidemiczną, w tym roku zostają przekazane diecezjom w formie elektronicznej. Proponujemy rozważania oparte na czytaniach mszalnych i teksty modlitwy wiernych na kolejne dni tygodnia, scenariusze katechez dla trzech grup wiekowych oraz tekst konferencji dla rodziców, katechetów i nauczycieli. Materiały opracował zespół katechetów i duszpasterzy pod kierunkiem ks. Marka Studenskiego

////////////

KARD. STEFAN WYSZYŃSKI 2020-09-5

Prymas Wyszyński „od siebie” o kryzysie rodziny

Dzisiaj dzieje się, niestety, odwrotnie — poświęca się dziecko, aby matka i ojciec mogli sobie spokojnie żyć. Tymczasem trzeba poświęcić siebie, aby dać życie dziecięciu, bo ono jest najważniejsze.

PAWEŁ
ZUCHNIEWICZ

Pierwsze dzieło uszczęśliwienia człowieka zaczął Bóg od mężczyzny, z którego boku wyprowadził niewiastę. Wszystko zostało zburzone przez grzech. Drugi raz zaczął od Niewiasty, z której wywiódł nowego Adama. Tym razem poszło dobrze. Pierwszy Adam przegrał przez niewiastę; drugi Adam zwyciężył przez Niewiastę: Ewa i Maryja…

To refleksja Stefana Wyszyńskiego z drugiej więziennej wigilii Bożego Narodzenia, którą spędzał w Prudniku Śląskim. Te najbardziej rodzinne święta kierowały jego myśl ku początkowi wspólnej drogi Boga z człowiekiem. Wszak 24 grudnia Kościół co roku wspomina pierwszych rodziców – Adama i Ewę – jakby chcąc podkreślić, że narodziny Boga – Człowieka mają ścisły związek z tym, co wydarzyło się w raju, gdzie Bóg stworzył człowieka „na swój obraz”.

Prymas, którego na wolności najbliższe otoczenie nazywało ojcem, był głęboko świadom tego, że kształtowanie relacji w każdej ludzkiej wspólnocie powinno mieć charakter rodzinny. O to starał się również w więzieniu. Nazajutrz, w sam dzień Bożego Narodzenia 1954 pisał:

Śniadanie, obiad i wieczerza są pełne zdrowej pogody i humoru; na szczęście nikt nie choruje. Po obiedzie czytamy sobie opisy dnia świętego Szczepana w Potopie – to ostatni dzień oblężenia Jasnej Góry przez Szwedów. Po czym śpiewamy do samego wieczora kolędy. Ksiądz Stanisław broni się dzielnie, chociaż chora matka przychodzi mu często na myśl. Po wieczornych modlitwach umyślnie pozostajemy dłużej razem, ażeby ksiądz Stanisław nie miał czasu na rozważania o „wyglądającej oknem matce”. Zdaje się, że wyszedł z tych pokus zwycięsko.

Co ciekawe, w kategoriach „rodzinnych” więzień patrzy również na swoich strażników. Zauważa i docenia to, że nie są zbyt widoczni. I zaraz zastanawia się: A może, biedni, myślą, że nie umielibyśmy spojrzeć na nich po bratersku? Może uważają, że święta religijne są zarazem wzrostem napięcia antybezbożniczego? A myśmy modlili się o ich pogodę i o miłość, która się rodzi w stajni, dla ludzi stajni i obór[1]. Oby mogli zrozumieć, jak bardzo Chrystus jest właśnie dla nich.

Bóg nie jest samotny, lecz jest relacją. Dlatego, stwarzając człowieka na swój obraz stworzył go do relacji – mężczyzną i kobietą. Jest to relacja miłości, która daje życie. Życiodajna miłość nie ogranicza się tylko do wymiaru biologicznego lecz ma znaczenie duchowe

Z godnym podziwu spokojem Prymas przyjmuje pozbawienie go wolności. Gdyby ją miał, świętowałby Boże Narodzenie w katedrze przewodnicząc liturgii: Z przyzwolenia Ojca Niebieskiego nie mogę dziś stanąć przy ołtarzu katedralnym, by wielbić rodzinne święto Trójcy Świętej: Ojca – Rodzica i Syna Narodzonego, i Ducha Oblubieńca.

Nieprzypadkowo Prymas mówi o święcie rodzinnym Trójcy. Tajemnica wiary chrześcijańskiej głosi, że jest wprawdzie jeden Bóg, ale w trzech Osobach. A więc Bóg nie jest samotny, lecz jest relacją. Dlatego, stwarzając człowieka na swój obraz stworzył go do relacji – mężczyzną i kobietą. Jest to relacja miłości, która daje życie. Życiodajna miłość nie ogranicza się tylko do wymiaru biologicznego lecz ma znaczenie duchowe, co oznacza w praktyce, że rodzice otrzymują prawo do wychowania i poprowadzenia swojego dziecka ku życiu nadprzyrodzonemu.

Czy musimy cofnąć się aż do Adama i Ewy, aby zrozumieć czym jest rodzina?

Nie lękajcie się, że będę od raju ciągnął aż do czasów dzisiejszych. Ale nie można zaprzeczyć, że jest tam jakiś prawzór każdej pracy, która w wymiarze dziejowym trwa, pozostaje do skończenia świata. Wprawdzie w okresie zamętu posoborowego były próby zastąpienia rodziny innymi formami instytucji społecznych, nie wyłączając pomysłu duńsko-holenderskiego, tak zwanej „dużej rodziny”, jednakże, wcześniej niż się spodziewano, instytucja ta wykazała niezdolność do przedłużenia swojej egzystencji. Pozostaje więc nadal tych dwoje, których wzór ustanowił Ojciec niebieski w raju.

Pierwszy został stworzony Adam, a po nim Ewa określona przez samego Boga, jako „odpowiednia dla niego pomoc”. Czy to znaczy, że kobieta jest mniej ważna od mężczyzny?

Rzecz znamienna, że jakkolwiek mężczyzna w tym układzie ma pewną postać prymatu egzystencji, istnienia, bytowania, to jednakże ten eksperyment Boży, eksperyment któremu Bóg sam bacznie się przyglądał, nie zdał egzaminu, w ogóle. Bardzo często tak bywa, że mężczyźni mniej egzaminów zdają od kobiet. Dlatego Bóg obmyślił pomoc podobną mężczyźnie. Była to właśnie kobieta. Wprawdzie wyprowadził ją z Adama, ale programował w przyszłość. Będzie bowiem czas, gdy ponownie z boku uśpionego na krzyżu nowego Adama wyprowadzi Matkę-Kościół. Bóg lubi trzymać się utrwalonych wzorów. Sam trwa w nieskończoność i sam też nieustannie pod­trzymuje wzory przez siebie ustanowione.

Rzecz ciekawa, że to ma być pomoc. A komu daje się pomoc? Temu, który sam sobie poradzić nie może. Jasne, że pomoc pod każdym względem jest bardziej wartościowa aniżeli ten, któremu się pomaga.

Ewa odegrała jednak niechlubną rolę tej, która dała się skusić…

Pomoc, którą otrzymał Adam w raju była bardziej operatywna i ona to dostrzegła wielkie walory owocu zakazanego. Jak nam to wykłada Księga Rodzaju, Ewa przyglądając się owocowi dostrzegła, że jest uroczy, piękny, że nadaje się do podtrzymania bytu, do zaspokojenia potrzeb życiowych. I jeszcze, rzecz ciekawa, nadaje się do rozeznania prawdy. Trzy więc walory, wprawdzie chwilowo zakazane, odkryła Ewa w owocu. Była ona wrażliwa na właściwości estetyczne, na wartości bytowe i na wartości intelektualne. I te wartości dostrzegła w zakazanym owocu. Dlaczego zakazanym? Bo przedwczesnym. A wszystko musi przyjść w swoim czasie. Mógłby ktoś powiedzieć: Ale ta pomoc wyszła Adamowi bokiem, utknęła mu w gardle. To wszystko jest prawda, lecz do czasu.

Zadaniem matki jest wytrwać do końca, chociażby wszyscy opuścili. Na tym polega, udana tym razem, pomoc dana każdemu człowiekowi, który przychodzi na świat i staje się przyczyną radości; bo człowiek na świat się narodził.

Ksiądz Prymas zwraca uwagę, że ten owoc nie był zakazany na zawsze, tylko na pewien czas, a człowiek niejako się „pospieszył” i przez to pierwsza rodzina – Adama i Ewy doświadczyła zła. Co w takim razie jest potrzebne, aby doświadczyć dobra?

Bóg ma swój schemat i oto go ponawia: zapowiada nową próbę, Niewiastę, której błogosławiony Owoc zetrze głowę węża i da pełne poznanie. Ponawia wzór w Rodzinie z Nazaretu. Tam jest udoskonalony obraz. Józef staje się cieniem Ojca – jak to wyłożył Dobraczyński w swojej książce, natomiast Matką par excellence jest Bogurodzica Maryja, chociaż błogosławiony Owoc Jej życia był Obojgu poddany i posłuszny. Zadanie Józefa było dyskretne, chociaż autentyczne i niezwykle doniosłe. Natomiast zadanie Maryi jest tak wyjątkowe, że gdy Józef przez cały czas swego istnienia milczy – nawet wtedy gdy przemawiają do niego aniołowie Boży we śnie – to Maryja mówi, niewiele mówi, ale jednakże mówi. Dopytuje się Anioła: Quomodo fiet istud (Łk 1, 34), jak ten Owoc, który nadaje się do poznania prawdy, Jezus – jak On powstanie? Co więcej, Ona mówi w Ain Karim i w świątyni jerozolimskiej. Milczy wprawdzie na Kalwarii, ale jest tam do końca i staje się Matką Kościoła swego Syna. Józefa już nie ma w pięknej Rodzinie Nazaretańskiej, ale Ona jest tam, musi być. Bo Ona nie zraża się najtrudniejszymi sytuacjami rodzinnymi. Jak kiedyś mówiono do matki skazańca, którego powieszono: Nie wstyd [ci] stać pod szubienicą? Nie, bo to mój syn. Zadaniem matki jest wytrwać do końca, chociażby wszyscy opuścili. Na tym polega, udana tym razem, pomoc dana każdemu człowiekowi, który przychodzi na świat i staje się przyczyną radości; bo człowiek na świat się narodził.

Bóg łączy ich i uświęca przez sakrament małżeństwa. Aby wszystko w nich „grało”, muszą mieć zasadnicze cnoty: miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość.

Tym człowiekiem, który przyszedł na świat jest Jezus. Małżeństwo Maryi i Józefa stało się w tym momencie rodziną, ale bardzo szczególną. Czy zatem zwykła rodzina może pójść ich śladami?

Najświętsza Rodzina była wyjątkowa, ale Kościół chce, aby ta wyjątkowa Rodzina stała się wzorem współżycia wszystkich. Dlatego też w uroczystość Najświętszej Rodziny szkicuje w Lekcji  z Listu świę­tego Pawła do Kolosan, obyczaje każdej rodziny: „Przyobleczcież się zatem jako wybrani Boży, święci i umiłowani, w czułe miłosierdzie, w dobroć, w pokorę, w cichość, w cierpliwość” (Kol 3,12). Czytając to, czu­jemy się tak, jak gdybyśmy patrzyli na Świętą Rodzinę.

To z niej biją promienie na życie każdej rodziny domowej. Wy­brańcy Boży, umiłowani! Bóg łączy ich i uświęca przez sakrament małżeństwa. Aby wszystko w nich „grało”, muszą mieć zasadnicze cnoty: miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość. „Znoście jedni dru­gich i wybaczajcie sobie, jeśliby ktoś miał skargę przeciw komu…” „A nadto wszystko miejcie miłość, która jest więzią doskonałości. Pokój zaś Chrystusowy, do którego też wezwani jesteście w jednym ciele, niech panuje w sercach waszych” (Kol 3,14-15). Jest to chyba lekarstwo dla każdej rodziny domowej. Dzisiaj może dlatego widzi się w niej tyle męki, że ludzie za mało patrzą na Świętą Rodzinę, która ma swego „Łącznika” — Dziecię. Ono jest najważniejsze! W rodzinie nie jest najważniejszy ojciec ani matka, tylko dziecię. Można powiedzieć: najważniejsi są rodzice, ale tylko tak długo, jak długo nie ma dziecka. A gdy ono już jest, ojciec i matka poniekąd spełnili swoje zadanie. Dlatego dla dziecka trzeba wszystko poświęcić, nawet życie własne!

Obecnie rodzi się coraz mniej dzieci. Dlaczego?

Dzisiaj dzieje się, niestety, odwrotnie — poświęca się dziecko, aby matka i ojciec mogli sobie spokojnie żyć. Tymczasem trzeba poświęcić siebie, aby dać życie dziecięciu, bo ono jest najważniejsze. Nie ojciec, nie matka, tylko dziecię! Istnieje piękna legenda bretońska. Na brzegu morskim, w cza­sie sztormu, woda zalewa chatę. Nie można już nic uratować. Na da­chu mąż podtrzymuje żonę, żona trzyma wysoko nad sobą dziecko… Oboje giną, ale dziecko zostaje ocalone. Nadjeżdżająca łódź ratunkowa zdołała jeszcze wyrwać z rąk tonących rodziców żywe dziecię. Uratować dziecię!… Za wszelką cenę uratować dziecię!

Ludzie, nie mogą iść obok siebie, lecz muszą się wspierać wzajemnie, aby wypełnić wspólne zadanie, które im obojgu powierzył Ojciec niebieski

Mąż, który podtrzymuje żonę, żona, która trzyma dziecko. Obraz, który pokazuje ksiądz Prymas zakłada, że oboje będą mieli ten sam cel i gotowi są ramię w ramię go realizować, nawet za cenę największej ofiary. Jednak nie każdy jest na nią gotowy…

Przykazanie, które dał Stwórca pierwszym rodzicom, właściwie w porządku naturalnym, nie zna wyjątków: „Rośnijcie i mnóżcie się, i napełniajcie ziemię, a czyńcie ją sobie poddaną” (Rdz 1,28). Ale za tym przykazaniem musi pójść specjalne powołanie, a więc takie usposobienie, w którym człowiek poważnie, rzetelnie i świadomie pragnie wykonać przykazanie Boże. (…) Ludzie, nie mogą iść obok siebie, lecz muszą się wspierać wzajemnie, aby wypełnić wspólne zadanie, które im obojgu powierzył Ojciec niebieski. Tak jest w porządku przyrodzonym i tak jest również w porządku nad­przyrodzonym, w którym idzie o przekazywanie życiu przyrodzonemu — życia nadprzyrodzonego. I tu istnieje ta sama wzajemna zależność i współdziałanie.

Niełatwo w tym zachować właściwą równowagę. Czy lepiej jest, aby to kobieta podejmowała trud wychowania, czy też może mężczyzna powinien wziąć sprawy w swoje ręce?

Wychowanie rodzinne tylko przez kobiety, bez pomocy mężczyzn, zawodzi. I wychowanie rodzinne tylko przez mężczyzn, bez pomocy kobiet, również zawodzi. Musi być współdziałanie ojców i matek. Jest źle, gdy oj­ciec nie troszczy się o wychowanie dzieci, lub gdy matka nie ma czasu na zajęcie się dziećmi i domem. Ale jest dobrze, gdy oboje sprawują dzieło przekazywania życia — zarówno doczesnego jak i nadprzyro­dzonego — dzieciom, które im Bóg powierzył. Gdy je razem pielęgnują i wychowują. I tak już będzie aż do skończenia świata! Nie zrozumiemy i nie wypełnimy zadania w rodzinie bez wza­jemnej pomocy dwojga — mężczyzny i niewiasty. Wiemy z pedagogiki rodzinnej, że najlepsza jest i najskuteczniej wychowuje rodzina mie­szana, gdzie jest pewna ilość synów i pewna ilość córek. Wychowujące jest już samo współdziałanie płci i harmonia charakterów, które wzajemnie sobie coś użyczają.

Ksiądz Prymas podkreśla, że rodzinność ważna jest nie tylko w tworzeniu ogniska domowego, ale również w innych wspólnotach, w tym w Kościele. Na czym polega to podobieństwo?

W Kościele człowiek jest najważniejszy! Dlaczego? Bo Chrystus — „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba”. Ty jesteś najważniejszy w Kościele Chrystusowym! A wszyscy inni — plackiem „przed Jego królewską mością”! Nawet biskup! Nawet papież, który jest „servus servorum Dei” — sługą sług Bożych. Na kolana! Jak w Wielki Czwartek [2], tak i na co dzień. Tak samo jest w rodzinie zakonnej: „Ale który jest większy mię­dzy wami, niech będzie jako mniejszy; a przełożony, jako ten, co służy” (Łk 22,26). Biada, gdy przeorysza zostanie wielką ksienią. Wtedy robi się z niej „magnifica” [wspaniałość – red.], wszystko zaś inne jest nędzą. A przecież idzie o to, aby ona była sługą i nigdy o tym nie zapomniała.

Bywa, że w rodzinie dzieci przysparzają rodzicom zmartwień i zgryzot. Ksiądz Prymas jako biskup (a na biskupa mówi się Papa czyli ojciec) miewał pewnie „dobre dzieci” i te trudniejsze… Jak sobie radził?

Tak, jak w każdej społeczności rodzinnej, najważniejsze są dzieci! One mogą być kapryśne, mogą tego czy owego nie rozumieć i zbyt wiele wymagać. Mogą się nawet rozzuchwalać, gdy poczują, że są ważniejsze — oczywiście niech tego nie robią — ale tak jest! Co z ojca i matki, wszystko jest dla nich! Oni są nie dla siebie, tylko dla dzieci, a wszystko, co jest z nich, służy temu, aby życie rodziło się i rozwijało jak najobficiej. Jeśli mówię — dzieci są najważniejsze — to jeszcze dodam: nie mam myśleć, że ja jestem najważniejszy, ale ono, to małe, to drugie… Jeżeli każdy tak będzie myślał, wówczas zrealizujemy to, o czym święty Paweł cudownie nam mówi: „Znoście jedni drugich i wybaczajcie sobie, jeśli kto ma skargę przeciw komu…” (Kol 3,13).

 

Pliki do pobrania

Lider " pilot w parafii ks bp Ryś

O przewodnikach w czasie kryzysu, tajemnicy archiwalnej i parafii jako wspólnocie mówi ks. abp Grzegorz Ryś.

Ks. Adam Pawlaszczyk, Jacek Dziedzina: Czy ktoś w Kościele w Polsce orientuje się, w jakim kierunku zmierzamy? Niektórzy twierdzą, że dryfujemy w kierunku Irlandii lub Chile, by podzielić los tamtejszych Kościołów, przeoranych przez ujawnione skandale. Aż chciałoby się zapytać: czy leci z nami pilot?

Abp Grzegorz Ryś: Kościół w Polsce to nie jest jakaś samotna i wyizolowana wyspa. Jesteśmy częścią Kościoła powszechnego i „pilotem” jest dla nas wszystkich papież Franciszek. To nie jest tak, że Pan Jezus nie daje nam przewodnika, pilota, tylko jest pytanie, na ile w lokalnym Kościele w Polsce mamy wolę i ochotę trwać przy Piotrze (równie chętnie jak czyniliśmy to w czasach Jana Pawła II) i dokonywać na bieżąco recepcji jego nauczania.

Można właśnie odnieść wrażenie, że marnujemy czas pontyfikatu Franciszka, że dominuje raczej chęć „przeczekania” go, z tęsknym oglądaniem się na czasy Jana Pawła i Benedykta.

Obawiam się, że to jest jednak kalka dziennikarska, bo ona sugeruje, że myśmy zawsze uważnie czytali Jana Pawła II, a nie jestem pewien, że tak było. To przewodzenie polskiemu Kościołowi przez niego miało często charakter ostatecznego odwołania w trudnych kwestiach. Kiedy już w Polsce nie było nikogo, kto by potrafił rozwiązać trudny problem, to wtedy był Jan Paweł II jako ostatnia instancja. Każdy ustępował przed jego autorytetem, ale czy to oznaczało przyjęcie jego argumentów i jego wizji Kościoła, to ja już takiej pewności nie mam. Podobnie z Benedyktem – warto by sprawdzić, kto i co przeczytał z jego nauczania i czy to nie jest tak, że mamy do czynienia z idealizacją przeszłości. Nagle Benedykt okazuje się idealnym papieżem, którego wszyscy rzeczywiście studiowali i słuchali, i przyjmowali jego wizję Kościoła. To weźmy przykład pierwszy z brzegu: Benedykt XVI stworzył Papieską Radę ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji; zapytajmy siebie nawzajem, przy wszystkich pięknych rzeczach, jakie dzieją się w tej kwestii w Polsce, czy myślenie w kategoriach nowej ewangelizacji jest na pewno myśleniem powszechnym w polskim Kościele. Obawiam się, że nie. Raczej wracają jak bumerang pytania: a to czy „stara ewangelizacja” była zła lub gorsza od tej nowej, a to co to jest ta nowa ewangelizacja – to są ci, którzy gonią z tymi flagami na uwielbieniu? Problemem nie jest brak pilota, tylko to, że my w Polsce mamy większy kłopot z nasłuchiwaniem, jak nas ten pilot i pasterz prowadzi.

W czasach PRL był jednak ks. Blachnicki i z jego działania wychodził Kościół przemieniony, ewangelizujący. Czy dziś takie eventy, jak Arena Młodych w Łodzi czy szkoły nowej ewangelizacji, są w stanie zaowocować trwale tym samym?

Dzisiaj ten nurt jest, śmiem twierdzić, o wiele większy i szerszy. Może on nie ma takiego lidera, jakim był ksiądz Blachnicki, ale oazy były wtedy jedyną rzeczywistością w Polsce tak ważną pastoralnie. Czy jednak Ruch Światło–Życie był przez wszystkich przyjmowany? Wiemy, że nie. Dzisiaj ten nurt jest ogromny. Jesienią chcemy zorganizować w Łodzi spotkanie CCC 2 (druga odsłona forum Całą Ewangelię – Całe Ciało – Całemu Światu). Pierwszego dnia robimy spotkanie wyłącznie dla liderów wspólnot ewangelizacyjnych i na ten moment mamy już ok. 300 zgłoszeń. Samych liderów. To nie jest mało. Mamy do czynienia z dużą różnorodnością tego nurtu ewangelizacyjnego, ponad setkę wspólnot, które trzeba wpisać w tzw. strumień łaski. I to są wspólnoty i nurty po Bożemu mądre w równowadze charyzmatu i urzędu, i w praktycznie przeżywanym ekumenizmie.

Do niedawna Kościół w Polsce występował jako monolit, bo spajał go Jan Paweł II i wcześniej kard. Wyszyński, a teraz mieliśmy do czynienia z sytuacją, że biskup jednej diecezji występuje otwarcie przeciwko prymasowi.

Musimy przyzwyczaić się do tego, że normalną sytuacją dla Kościoła i dla społeczeństwa jest sytuacja wolności, a nie niewoli. Przecież ta monolityczność Kościoła polskiego pod wodzą prymasa Wyszyńskiego wynikała nierzadko z tego, że nie za bardzo można było sobie pozwolić na otwartą dyskusję na różne tematy, co dostarczałoby amunicji wrogom Kościoła; trzeba było dbać o spójność, niepodzielność itd. To nie jest dzisiejsza rzeczywistość.

Wielu ludzi jednak chciałoby biskupów tak samo myślących, tak samo mówiących.

Nie przeczę, że tak może być, ale to jest punkt wyjścia do pracy rzeczywistej w Kościele. Konferencja Episkopatu jest jakimś wyrazem kolegialności, ale dość skromnym, jeśli chodzi o kompetencje. Lokalność w Kościele jest wartością, nie możemy wszyscy być tacy sami.

przewodnikach w czasie kryzysu, tajemnicy archiwalnej i parafii jako wspólnocie mówi ks. abp Grzegorz Ryś.

To może fakt, że jeden biskup wyłamał się z tej monolityczności, jest krokiem w tym kierunku? Problem w tym, że zabrakło reakcji pozostałych biskupów, choć padły konkretne oskarżenia dotyczące sposobu głosowania nad powołaniem Fundacji Świętego Józefa, mającej zająć się pomocą ofiarom przemocy seksualnej w Kościele.

Nie wszystko, co dzieje się na posiedzeniu KEP, powinno być wiedzą publiczną. Jeśli podejmujemy jakąś decyzję, ona zapada większością głosów, to nie jest czymś właściwym mówić: wielu było przeciw, bardzo się o to pokłóciliśmy, zagłosowaliśmy wbrew sobie, a naprawdę chcieliśmy inaczej. Akurat w tym punkcie jest potrzebna dojrzałość i rzeczywista wspólnota biskupów. Problem w tym, że my wszyscy, nie tylko w Polsce, zafundowaliśmy sobie takie życie społeczne, w którym pojęcie tajemnicy przestało istnieć. Jako historyk bardzo z tego powodu cierpię, bo mnie wychowano w przekonaniu, że coś, co się nazywa tajemnicą archiwalną, ma ogromne znaczenie. Nie na zasadzie prawa, tylko szacunku dla dobrego imienia każdego człowieka.

Tyle że czasem konieczna dyskrecja przeradza się w trudną do usprawiedliwienia zmowę milczenia wokół nadużyć czy przestępstw. I gdyby ktoś nie odważył się nakręcić filmu czy napisać tekstu o sytuacji w Kaliszu, sprawa nie zostałaby posunięta do przodu.

Tego nie wiemy, bo właśnie w przypadku Kalisza okazało się (to dziś jest wiedza publiczna), że przynajmniej jedno postępowanie dotyczące seminarium było już od dwóch lat procedowane w Watykanie. Nie zostało ono jeszcze doprowadzone do końca, ale jego domknięcie nastąpi z całą pewnością po wizytacji apostolskiej, jaka aktualnie jest w seminarium prowadzona. To, że nie ma wiedzy powszechnej na temat tego, czy się dzieją, czy nie dzieją jakieś dochodzenia wobec duchownych w Polsce, nie oznacza, że tych dochodzeń nie ma. Oczywiście są sytuacje, gdy sprawy nie tylko mogą, ale nawet powinny być ujawniane.

Opinia publiczna domaga się jednak przejrzystości.

Na pewno powinien być znany ostateczny wynik dochodzenia, jeśli jest decyzja Stolicy Apostolskiej, gdy zapada jakiś wyrok. W sprawie Kalisza mogę powiedzieć tyle, że gdy byłem ostatnio w Rzymie, zostałem przyjęty na prywatnej audiencji przez Ojca Świętego, byłem też we wszystkich odnośnych kongregacjach, i usłyszałem pełną akceptację co do tego, że sprawy tej diecezji powinny być w tej chwili traktowane priorytetowo.

W Kaliszu jest odczuwalne pęknięcie Kościoła wokół tego tematu?

Nie wiem, czy chcę i czy powinienem, czy mam już też wystarczającą wiedzę, aby o tym mówić. Z całą pewnością ten Kościół (jak wszystkie) chce żyć normalnym życiem i misją: przepowiadaniem Ewangelii, sprawowaniem sakramentów. Na pewno nie służy mu redukowanie jego obrazu do jednego wymiaru. Ale też, żeby to wracanie do jednego tematu się skończyło, trzeba go uczciwie i konsekwentnie rozwiązać. Jeśli tego się nie zrobi, problem będzie wracał w coraz boleśniejszych odsłonach. Zresztą to dotyczy całego Kościoła w Polsce. Mamy opracowane i przyjęte przez wszystkich możliwie najlepsze procedury, mamy całkiem dobre narzędzia prewencji, mamy instytucje i kompetentnych ludzi, by je nimi obsadzić. Czego nie mamy? Zmiany mentalnej! Musimy uwierzyć, że trzeba rozwiązać to, co jest ewidentnym złem, że trzeba stanąć po stronie poszkodowanych, trzeba przeprowadzać procedury, które są przez nas przyjęte. Trzeba to robić z przekonaniem. I trzeba myśleć o tym bardzo szeroko: w zasięgu tego procesu jest wyjście także do tych, którzy odeszli od Kościoła, bo zostali z niego przez nas wyrzuceni, zostali przez nas zgorszeni i poranieni, i z Kościołem nie chcą mieć nic wspólnego.

Mamy szansę jeszcze ich odzyskać? Zwłaszcza osoby wkraczające dopiero w dorosłość?

Tak, jeśli im zaproponujemy poważną rozmowę. Rok temu napisałem list do młodych w archidiecezji łódzkiej. Staraliśmy się, żeby każdy młody człowiek dostał ten list do ręki. On był zakończony propozycją odpisania na niego. I dostałem naprawdę dużo listów zwrotnych. Chyba najwięcej przyszło właśnie od tych, którzy deklarowali, że do Kościoła już nie chodzą. To, co przeczytali, było dla nich ważne i chcieli odpowiedzieć. Zaproponowaliśmy też młodym udział w programie „Nagroda papieża Franciszka”, żeby przez rok lub dłużej włączali się w jakieś działania, albo charytatywne, albo ekumeniczne, albo ewangelizacyjne. I jesienią będzie pierwsza gala tej nagrody – 250 młodych ludzi ową nagrodę otrzyma.

Jednak nie wszędzie jest zrozumienie dla podobnych inicjatyw. Jeden z księży kiedyś powiedział, żeby nie przesadzać z tą ewangelizacją, „bo co my potem zrobimy z tymi nawróconymi”.

Ważne jest, żeby ci, którzy robią czy to kursy Alpha, czy szkoły nowej ewangelizacji, czy głoszą katechezy wstępne Drogi Neokatechumenalnej, wiedzieli, że od nich także zależy propozycja ciągu dalszego. I że nie wolno proponować czegoś, co ciągu dalszego nie ma. Ksiądz Blachnicki mówił: będziemy głosić rekolekcje ewangelizacyjne, jeśli na miejscu proboszcz zapewni, że zaopiekuje się wspólnotą, która powstanie z tych rekolekcji. A na pewno powstanie.

 

Ks Jan ZIEJA FILM I JEGO ŻYCIE

WWW.GOSC.PL → WIADOMOŚCI → WIADOMOŚCI Z KOŚCIOŁA → ROBERT GLIŃSKI: LICZĘ NA TO, ŻE FILM „ZIEJA” ZOSTAWI PRAGNIENIE SPOTKANIA I DIALOGU

Robert Gliński: Liczę na to, że film „Zieja” zostawi pragnienie spotkania i dialogu

Kadr z trailera filmu "Zieja"YOUTUBE / TVP VOD

Liczę na to, że mój obraz ks. Ziei pozostawi pragnienie spotkania i dialogu ponad podziałami – mówi Robert Gliński w rozmowie z KAI. Reżyser filmu „Zieja” opowiada o kulisach powstania produkcji, wyzwaniach jakie stały przed twórcami, przybliża postać ks. Ziei oraz odnosi się do aktualnej sytuacji w polskim społeczeństwie i Kościele.

Dawid Gospodarek (KAI): Czy znał Pan historię ks. Jana Ziei, zanim pojawiła się propozycja zrobienia o nim filmu?

Robert Gliński: O ks. Ziei słyszałem, bo był kapelanem Szarych Szeregów. Nie znałem go. Inicjatywa tego filmu wyszła od ks. Aleksandra Seniuka, rektora kościoła sióstr Wizytek w Warszawie. Ksiądz Zieja również był rektorem tego kościoła, od 1950 do 1959 roku, dlatego ks. Seniuk czuje się trochę takim spadkobiercą myśli, kazań, tego wszystkiego, co jego poprzednik reprezentował. Wiem, że stara się też o jego proces beatyfikacyjny.

KAI: Jak przygotowywał się Pan do realizowania filmu o księdzu Ziei?

- Zawsze, gdy się robi film, trzeba zdobyć jak najwięcej informacji o postaci i jej biografii, czyli przede wszystkim przeczytać jak największą ilość książek. W związku z tym przeczytałem co się dało. Z pomocą przyszedł również ks. Aleksander Seniuk, który dostarczył mi sporo poświęconych ks. Ziei artykułów z różnych pism z ostatnich trzydziestu lat, bardzo duży materiał - dość obszerne teksty w „Więzi”, „Znaku”, nawet w tygodnikach kulturalnych. Obejrzałem też filmy dokumentalne, które powstały o ks. Ziei. Oczywiście przeczytałem jego kazania, które są szalenie interesujące, poruszają różne zagadnienia, wartości, postawy. To wszystko jest naprawdę kopalnią wiedzy o tym, co ks. Zieja myślał, jaki miał stosunek do wiary, do religii, do człowieka, no i przede wszystkim do Ewangelii.

KAI: A spotkał się Pan z kimś, kto pamięta jeszcze ks. Zieję?

- Tak, rozmawiałem z kilkoma osobami, które go znały. Zależało mi na tym, by poznać jego, nazwijmy to „energię”, jego osobowość, charakter, nawet pewne zewnętrzne charakterystyczne cechy.

KAI: Ogromny materiał. Jak z niego wybrać to, co sensownie zmieści się w filmie?

- Rzeczywiście długo myślałem, jak to wszystko zebrać i ile włączyć do filmu, bo to w końcu jest film fabularny. Pierwotnie ks. Seniuk, gdy przyszedł do producenta Włodzimierza Niderhausa z pomysłem na ten film, myślał o filmie dokumentalnym. Niezbyt był zadowolonych z filmów, które powstały do tej pory. Producent powiedział, że są już filmy dokumentalne, więc pora zrobić fabułę. No i wtedy się zaczęło, ponieważ nie było łatwo wymyślić scenariusz filmu fabularnego, którego bohaterem byłby ksiądz Zieja. Jak? On był człowiekiem świętym, dobrym, otwartym. Jak robić film o człowieku, który się nie zmienia i jest cały czas taką „chodzącą świętością”?

W filmie fabularnym bohater musi przeżywać jakiś dramat, musi się zmieniać, musi mieć jakieś upadki, żeby mógł się podnieść. U Ziei nic takiego nie było. Gdy propozycja realizowania tego filmu trafiła do mnie, na początku myślałem sobie - fantastyczny z niego gość, ale to nie jest materiał na film fabularny, który ma jakiś przebieg, który ma interesującą dramaturgicznie narrację, napięcie, punkty zwrotne. Zaczęliśmy się głębiej przyglądać zebranemu materiałowi i w końcu okazało się, że coś ważnego jest jednak w tej postaci. Otóż wydarzenia, w które Zieja się angażował, w których brał czynny udział, mają bardzo wiele wspólnego z naszymi współczesnymi czasami. I to tak mnie złapało, że uznałem, że będzie z tego materiał na film-moralitet o dniu dzisiejszym.

KAI: Jak wypracowaliście tę dramaturgię?

- W prosty sposób - wprowadziliśmy antybohatera. Mamy księdza Zieję, który jest spiżowym pomnikiem wartości. Skontrastowaliśmy go z „diabłem”, który go próbuje osaczyć, kupić, ugryźć, oczywiście przedstawiając różnego rodzaju argumenty, typu: „musi ksiądz dla dobra swoich przyjaciół tak zrobić”, „w imię wyższych racji musi ksiądz zrobić coś niezbyt moralnego”... To był nasz pomysł na konflikt, spór, polemikę o wartości i dyskusję o historii. Te rozmowy, a właściwie taki pojedynek słowny, pomiędzy SB-kiem, którego gra Zbigniew Zamachowski, a księdzem Zieją, którego gra Andrzej Seweryn, stanowią fundament narracyjny filmu. Z tego fundamentu robimy wycieczki w historie, które się zdarzyły w życiu naszego bohatera. A więc wędrujemy do wojny bolszewickiej i do lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy ks. Zieja działał aktywnie na polu duszpasterskim. Potem okupacja, kampania wrześniowa, powstanie warszawskie, lata 50. i aresztowanie kard. Wyszyńskiego. Pokazujemy, jaką reprezentował wtedy postawę, jakie wygłaszał wtedy kazania.

KAI: Wspomniał Pan, że materiał o ks. Ziei, jaki zebrał, był duży. Czy pojawiły się jakieś konkretne dylematy, co z tej bogatej historii i osobowości zamieścić w filmie?

- Bardzo, bardzo wiele takich trudnych wyborów. Ks. Zieja pakował się we wszystko, w co się dało w historii XX wieku. Sporo wydarzeń, które już były opisane w scenariuszu, zdecydowaliśmy się potem usunąć. Ba, niektóre nawet nakręciliśmy, ale nie zmieściły się w filmie, bo to już trzeba by robić długi serial.

Na przykład bardzo ciekawy motyw - ks. Zieja zawsze chciał mieć swoją parafię. Zdarzało się, że miał je przez krótki czas, jednak przez swoje działania i realizację wizji duszpasterskiej te parafie tracił. Na przykład - to bardzo piękny epizod - przybył do parafii na wschodzie i chciał w tej parafii zrobić nabożeństwo dla kilku wyznań, czyli dla prawosławnych i dla gminy żydowskiej, bo akurat nie mieli gdzie się modlić. Chciał ich wszystkich zaprosić do kościoła. Czyli chciał wprowadzić w życie formę ekumenizmu w duchu Jana Pawła II, a działo się to w latach 20-tych ubiegłego wieku. Oczywiście to spotkało się z niechęcią parafian. Nie wiem, jak hierarchowie się do tego odnosili...

KAI: Przed II Soborem Watykańskim raczej też sceptycznie. Można powiedzieć, że to bardzo prorocze intuicje i działania ks. Ziei...

- Tak, to było piękne i tę scenę też nakręciliśmy. Jest dość ciekawa filmowo, takie obrazki ludowe troszkę wystylizowane, ale już było za dużo materiału i scena poszła do kosza.

Albo, na przykład, jak obejmował inną parafię, to powiedział, że nie będzie zbierać ofiary na tacę w czasie Mszy. Konsternacja zapadła przede wszystkim wśród wiernych, zostało to bardzo źle odebrane. Pamiętam, że biskup ordynariusz tej diecezji nawet bardzo dobrze to przyjął, ale społeczność parafialna nie.

Takich „wyskoków” ks. Ziei było bardzo dużo, ale nie ze wszystkiego skorzystaliśmy.

KAI: W filmie przewija się też nauczanie ks. Ziei, jego kazania...

- Te kazania to naprawdę bardzo ciekawy materiał. Jest ich sporo, w filmie oczywiście mogliśmy dać tylko kilka wybranych fragmentów. Przecież byłby to nudny film, gdyby ksiądz Zieja ustami Andrzeja Seweryna głosił kazanie trwające 15 minut... Przygotowaliśmy więc takie syntezy jego kazań, które są włożone w kontekst konkretnych scen. Kazanie o prawdzie, o miłości, o przebaczeniu… Mam nadzieję, że jak ktoś zainteresuje się tymi treściami, może sięgnie do kazań, bo naprawdę warto.

KAI: W jednym z kazań zaprezentowanych w filmie, tuż po uwięzieniu prymasa Wyszyńskiego, ks. Zieja zaczyna przypominać postać o. Ludwika Wiśniewskiego OP, wypowiada jego słowa... Była tu jakaś inspiracja tym dominikaninem?

- Przyznam, że tak. To, co powiedział o. Wiśniewski na pogrzebie prezydenta Pawła Adamowicza, jest uniwersalne, odnosi się do różnych epok. Ja bym spojrzał na to jeszcze szerzej - musimy zatrzymać fale nienawiści, musimy zacząć rozmawiać, musimy być otwarci i nie możemy się zgodzić na nienawiść, która czasami prowadzi do tragicznych rozwiązań… Ale potem z tej tyrady wyłania się część druga, która mówi o przebaczeniu - że należy wszystkim przebaczyć, nawet wrogom.

W tym kazaniu jest jeszcze taki fragment, w którym ks. Zieja mówi – i to jest dosłowny cytat - „Prymasa opuścili wszyscy, został mu tylko wierny Niemiec i pies”. Niemiec to był ks. prałat Wojciech Zink, ówczesny rządca diecezji warmińskiej, który jako jedyny nie podpisał listu lojalności biskupów wobec władz PRL. A pies, co pokazaliśmy w filmie - ugryzł UB-ka, który przyszedł aresztować prymasa.

KAI: W tych kazaniach są rzeczywiście słowa z tekstów ks. Ziei, czy skomponowane na potrzeby filmu?

- Trochę skomponowałem. Zamieściłem na przykład cytat Bonawentury, żołnierza AK Batalionu „Zośka”, o przebaczeniu. Akurat w temacie powstania siedzę od lat i bardzo mi to pasowało. Było dwóch braci Romockich - Jan „Bonawentura” i Andrzej „Moro”, obaj zginęli w powstaniu, ich matka została sama. Bonawentura był poetą o bardzo prawicowych poglądach, ale jednocześnie w swojej wrażliwości uważał, że to obciążenie, jakie przeżywali Polacy, wywodzące się z nienawiści do Niemców i z chęci zabijania wroga, bardzo niszczy psychikę, duszę. I napisał piękny wiersz o wybaczeniu: „Na przebaczenie im przeczyste. Wlej w nas moc, Chryste!”.

KAI: Co dzisiaj ks. Zieia może mówić dziś polskiemu Kościołowi?

- Jest w filmie scena o prawdzie, którą jak zauważyłem, obecni na widowni duchowni często odbierają osobiście. Rozmowa o prawdzie, związana z tymi zakrętami, które dziś zdarzają się Kościele. „Tylko prawda może nas oczyścić, tylko prawda może nas wyzwolić” - mówił w kazaniach Jan Paweł II, bazując oczywiście na słowach Chrystusa, który mówił o oczyszczającej sile prawdy. Cała idea spowiedzi przecież polega na tym, że wyzwalamy się z mętnej wody, w której jesteśmy zanurzeni, bo prawda nas oczyszcza. Na tym polega siła prawdy i myślę, że to jest dla Kościoła dzisiaj bardzo ważne. Sprawa miłości i wybaczania swoim prześladowcom – wyimaginowanym czy prawdziwym – jest w każdej epoce bardzo ważna. W naszych czasach, pełnych napięć, konfliktów, nienawiści z jednej i z drugiej strony, musimy o tym właśnie pamiętać, mieć to przed oczami.

KAI: Scena z rekolekcji dla biskupów, w bibliotece na Jasnej Górze...

- To jest piękne miejsce. Ta biblioteka jest wspaniała, stara, ma kilkaset lat. Czuje się w niej wielkość tradycji, siłę historii. Myśmy tam nic nie dodawali scenograficznie tylko weszliśmy, wprowadziliśmy statystów, którzy grali biskupów, ustawiliśmy krzesła. Cała reszta została.

KAI: I tam widzieliśmy, że mowa ks. Ziei była trudna dla biskupów...

- Ksiądz Zieja mówi, że prawdę trzeba postawić ponad wszystko, ponad nas, ponad nasze obyczaje, przyzwyczajenia, ale również ponad Kościół – myślę, że mówi to o instytucji, że prawda jest taką wartością, która jest najwyższa i musimy na nią spojrzeć jak na absolut. Rzeczywiście na twarzach niektórych biskupów widzimy reakcje zaniepokojenia.

KAI: A co ksiądz Zieja, a może Pan tym filmem, chce powiedzieć polskiemu społeczeństwu, politykom?

- Nie jestem działaczem politycznym, więc trudno mi komentować. Tym co uderza mnie w życiu politycznym, jest ciągła niemożność rozmowy i dogadania się. Myślę, że to wszystko się nam bardzo zaostrzyło. Dziwi mnie to. Dlaczego nie możemy rozmawiać, nawet jeśli mamy inne poglądy, nawet jeśli reprezentujemy zupełnie inne wartości? To co ks. Zieja sobą wniósł do naszego życia, to właśnie taka otwartość. On był współzałożycielem Komitetu Obrony Robotników i to, że ten komitet istniał przez cztery lata - tak też uważają niektórzy członkowie KORu - jest zasługą ks. Ziei, który potrafił zneutralizować napięcia, kłótnie. Tam było bardzo dużo różnych osobowości. I gdyby nie ks. Zieja, to pewnie po trzech miesiącach ten komitet rozpadłby się. Mieliśmy tam pana Macierewicza i pana Michnika, można sobie wyobrazić, że tam następowały ostre spięcia, które ks. Zieja rzeczywiście potrafił rozładować.

Patrzę na czasy obecne i czuję, że taka postać na pewno byłaby potrzebna. Mamy jakieś przekonania, wartości, więc powinniśmy rozmawiać, nie rezygnując z tego, co nas tworzy, nie rezygnując z naszej tożsamości, osobowości, charakteru. Powinniśmy okazywać sobie szacunek i umieć się spotkać, dialogować.

Bo czy nie byłoby piękne, gdyby np. pan Kaczyński z panem Tuskiem spotkali się i kulturalnie porozmawiali przy kawie, oczywiście nie rezygnując ze swoich poglądów i postaw...

KAI: Świat polityczny to jedna rzecz, ale te zjawiska, czasem może kreowane, mają poważny i bolesny wpływ na napięcia i podziały w społeczeństwie, w rodzinach…

- Tak, a to przecież byłaby piękna scena, może nawet można powiedzieć „rekolekcje narodowe” - taki program w telewizji publicznej, gdzie pokazuje się rzeczywiście realny dialog, gdzie przedstawiciele różnych stron umieliby pokazać też co ich łączy, a nie tylko kłótnie i różnice. To są smutne kłótnie, zwłaszcza gdy wiemy, że dziś skłóceni politycy przed laty potrafili się kolegować i współpracować.

KAI: Z pewnością są wartościowe wszelkie inicjatywy, które mogłyby namacalnie pokazać, że dialog i spotkanie są możliwe, mimo różnic. I jestem przekonany, że to da się robić. Ale nie trzeba patrzeć na politykę, szukając podziałów – wśród polskich katolików, wyznających przecież tę samą wiarę, mających jeden cel – też są czasem nawet bardzo ostre podziały...

- W filmie „Dwóch papieży” bardzo trafnie ukazano ten wewnątrzkościelny podział. Teraz w Watykanie spór pomiędzy opcją „benedyktyńską”, a „franciszkańską” jest dosyć wyraźny, czasem obserwujemy jak kardynałowie i biskupi wojują. Byłem jakiś czas temu na Mszy w bazylice św. Piotra w Rzymie, gdzie jeden z biskupów mówił w kazaniu językiem dość mocno odbiegającym od narracji papieża Franciszka, miałem wrażenie, że go krytykuje i dziwiłem się, że nawet pod nosem papieża nie ma oporów...

Mamy teraz w Kościele konflikt o wartości, o obyczaj, o różne sposoby realizowania misji. W „Dwóch papieżach” akurat pięknie pokazano, że Benedykt rozmawia z Franciszkiem, chociaż są pomiędzy nimi diametralnie różnice. I to jest piękne w tym filmie, dające nadzieję. Liczę na to, że mój obraz ks. Ziei pragnienie takiego spotkania i dialogu ponad podziałami pozostawi.

POLECANE FILMY

Afryka wolna od wirusaWynalezienie szczepionki to jedno z najdonioślejszych dokonań człowieka. Dzisiaj wzbudza jednak coraz większe wątpliwości. Stawiam tezę, że szczepionki stały się ofiarą własnej skuteczności.

Wysłuchana prośbaDokładnie 24 sierpnia minęło 320 lat od wstawienia tego obrazu do nastawy ołtarzowej w kaplicy papieża Grzegorza Wielkiego w padewskiej bazylice pod wezwaniem św.

Koloratka i powstańcza opaska Ks. Jan Zieja często wspominał Msze św. odprawiane w czasie powstania. TOMASZ MICHALAK

Gdy powstańcy biegną na barykady, oni biegną do rannych i konających. Zamiast strzelać z karabinu lub rzucać butelki z benzyną, przesuwają paciorki różańca. Niemcy będą ich nienawidzić bardziej niż powstańczych żołnierzy. Kapelani powstania warszawskiego.

Nie wiem, czy ktokolwiek potrafi zliczyć książki o powstaniu. Od kilku lat przyglądamy się jego fenomenowi z różnych ujęć. Oglądaliśmy walczącą Warszawę oczami kobiet, a nawet z perspektywy żołnierzy III Rzeszy. Stanisław Zasada w książce „Duch ’44” pokazuje jeszcze jedno spojrzenie – przez pryzmat księży, którzy byli kapelanami powstańców. Autor przedstawił 10 portretów księży i jednego zakonnika, a wybierać miał w czym. Liczbę „duchowej armii” powstania szacuje się na około 150 osób. 100 było wcześniej aktywnymi i zaprzysiężonymi członkami konspiracji. 50 kolejnych dołączyło w trakcie trwania walk. 40 zginęło w sierpniowej Warszawie. Tyle mówią liczby. Zasada w portretowanych sylwetkach kapłanów wychodzi poza usypiającą statystykę i pokazuje osoby z krwi i kości, które mają bardzo różny stosunek do decyzji o wybuchu powstania. Na przykład ks. Wacław Karłowicz na długo przed Godziną „W” twierdził stanowczo: „będzie rzeź”. Gdy rozpoczęły się walki, ruszył tam, gdzie być powinien: pomiędzy ludzi. Tych, którzy walczyli, i tych, którzy leżeli ranni w polowych szpitalach, tkwili przestraszeni w piwnicach, wołali pod gruzami.

Pseudonimy

„Biblia”, „Rybak”, „Andrzej Bobola”. Księżowskie pseudonimy konspiracyjne są nader oczywiste, ale mają w sobie jakiś urok i fantazję. Choć pseudonimy mają ukryć tożsamość, to te wybrane przez księży na ogół potwierdzają jedno: jesteśmy osobami duchownymi. I tu musi paść pytanie: co robi ksiądz w powstaniu? Paradoksalnie – nic nowego. Spowiada, udziela ślubów i ostatniego namaszczenia. Sprawuje Mszę św., prowadzi nabożeństwa, adoruje Najświętszy Sakrament. Chciałoby się rzec: normalne duszpasterstwo w płonącej Warszawie. Pomimo konspiracyjnych pseudonimów tu nic nie dzieje się na niby. Przeciwnie, tu wszystko dzieje się tak, jak zawsze: na śmierć i życie. Dobrym przykładem jest ks. Tadeusz Burzyński, który zginął jako pierwszy z kapelanów powstania warszawskiego, niecałą godzinę po jego wybuchu. Jest właśnie w trakcie adoracji Najświętszego Sakramentu, gdy na ulicy słyszy starzały i wybuchy. Nie zwlekając, zakłada komżę i biegnie ze świętymi olejami do ofiar. Zostaje zastrzelony (jak cztery siostry zakonne, które są z nim) przez niemieckich snajperów, pogardliwie nazywanych przez powstańców „gołębiarzami”. Zatrzymuje mnie ta śmierć, ona jest symboliczna. Księża, siostry i bracia zakonni są osobami cywilnymi, nie żołnierzami. Podobnie jak znak Czerwonego Krzyża lekarzy i sanitariuszy, tak ich chroni habit, sutanna, koloratka. Duchowni chodzą w ubraniach podkreślających ich stan życia, są doskonale widoczni. Każde prawo międzynarodowe gwarantuje im traktowanie z szacunkiem. Tylko nie III Rzesza, tylko nie w sierpniowej Warszawie. Tutaj te prawa nie obowiązywały. Na wieść o powstaniu Hitler wyraził się przerażająco jasno: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców. Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”.

Duszpasterska codzienność powstania

Koloratka i powstańcza opaska na czarnej sutannie – ten widok musiał robić wrażenie. Powstańcze pismo „Walka” zapisuje: „Dwa są symbole sierpniowego powstania walczącej Warszawy: biały orzeł na czerwonym tle i ksiądz z biało-czerwoną opaską, który wśród kul i bomb, wśród gryzącego dymu pożarów i trzasków walących się domów spieszy na swój kapłański posterunek”. Ten posterunek zdaje się nie mieć granic, księża są bowiem wszędzie. Zarówno na pierwszej linii walk, jak i na innych frontach bitwy, gdzie toczą się nie mniejsze boje – w szpitalach i w piwnicach, razem z umierającymi. Spowiadają i sprawują sakramenty. Śluby i pogrzeby to zdaje się codzienność duszpasterska księży. W czasie powstania warszawskiego ślub wzięło 256 par, co oznacza, że na każdy dzień walki przypadały cztery śluby. Kapelani powstania dużą wagę przykładali do ważności małżeństwa. Tłumaczyli, że nie może być chwilowym pocieszeniem. Nawoływali do wierności małżeńskiej i ganili tymczasowe „małżeństwa wojenne”. Narzeczonym stającym na ślubnym kobiercu księża stawiali te same wymagania, czyli dostarczenie odpowiednich dokumentów (w miarę możliwości) oraz świadków. To wszystko miało uświadamiać, że pomimo wojny i być może bliskiej śmierci, niewoli lub rozdzielenia, małżeństwo jest ważne. Niejako na drugim biegunie sytuuje się wypowiedź ks. Wacława Karłowicza: „Grzebałem około 40 osób dziennie z mojego szpitala na Długiej”. Duszpasterska codzienność powstania.

Ewangelia w czasie wojny

Po latach ks. Jan Zieja wspominał jedną z Mszy św. odprawianych w czasie powstania: huk artylerii zagłusza słowa, ale liturgię sprawuje się pomimo to. Do Komunii przystępują wszyscy żołnierze. Gdy ksiądz odwraca się, aby pobłogosławić wiernych, nikogo już nie ma. Wszyscy pobiegli walczyć. Ta scenka wiele mówi. Księża starali się sprawować codziennie Msze Święte. Każde bezpieczne miejsce – mieszkania, podwórka kamienic – do tego się nadawało. Zachęcano do życia sakramentalnego. Ganiono też wady powstańców: pijaństwo, niedochowanie wierności małżeńskiej. Upominano, że nie można się zatracić w walce, że nienawiść nie może zwyciężyć i podkreślano, że nie ma miejsca na samosądy. Kapelani powstania musieli odpowiedzieć na wiele trudnych pytań: czy można zażyć truciznę, gdy jest się torturowanym na przesłuchaniu, aby nie wydać innych ludzi działających w konspiracji? Jak przygotować się na własną śmierć? Jak przestać nienawidzić? Odpowiedzi szukano, adorując Najświętszy Sakrament, księża prowadzili nabożeństwa, intonowali litanie… W jakiś sposób duszpasterstwo powstańcze było przedłużeniem walki zbrojnej. Kapłani podtrzymywali na duchu i zwyczajnie nie pozwalali osunąć się żołnierzom i cywilom powstania w ciemność zatracenia. Nie wiem, jak zakończyć opis posługi sakramentalnej kapłanów sierpniowej Warszawy, dlatego odwołam się do dwóch scen opisanych przez Zasadę. Obraz nienawiści: po wzięciu do niewoli ks. Józef Stanek został powieszony na stule kapłańskiej. Obraz ewangeliczny: przebywający wraz z innymi powstańcami w obozie jenieckim ks. Jan Zieja spowiada żołnierzy niemieckich, którzy byli katolikami.

Ciche bohaterstwo

Stanisław Zasada opisał jedną z pięknych kart powstania warszawskiego, którą trudno czytać bez wzruszenia. Podobnych emocji dostarcza opis innych cichych bohaterek walczącej stolicy – sióstr zakonnych. Niedługo po rozpoczęciu walk przeorysza klasztoru benedyktynek sakramentek Janina Byszewska podejmuje niezwykłą decyzję: otwieramy klauzurę. Klasztor znajduje się w śródmiejskim obszarze działań wojennych. Sakramentki, jak je popularnie nazywano, są zakonem klauzurowym, który w Warszawie znalazł się w 1688 r., ufundowany przez królową Marię Kazimierę w podzięce za zwycięstwo pod Wiedniem. Teraz sakramentki otwierają swój klasztor i czynią z niego szpital, stołówkę, miejsce schronienia. Klasztor będzie bombardowany, a Stare Miasto powtarzać będzie: „sakramentki się palą”. Miron Białoszewski w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” zapisał przejmująco: „A sakramentki się paliły. I latały w welonach. Białych. I biły świnie i krowy. Codziennie. I rozdawały ludziom. I przyjmowały, i opatrywały u siebie ludzi. Coraz większe gromady. Tysiące. Te sakramentki, które przez ileś set lat, od Marysieńki, śpiewały za kratami i przez kraty przyjmowały komunię, nagle stały się działaczkami, społeczniczkami, bohaterską instytucją, oparciem dla Nowego Miasta”.•

 

Pliki do pobrania

POWOŁANIE I SEMINARIUM

Kim są młodzi ludzie, którzy zdecydowali się wstąpić do seminarium?

czwartek, 3 września 2020, 10:15:02KAI opr. idziemy.pl/mj

„Kim są młodzi ludzie, którzy rok temu zdecydowali się wstąpić do seminarium? Z jakich pochodzą środowisk? Jakie są ich motywacje, poglądy, zainteresowania, plany na przyszłość?" – na te i wiele innych pytań, znaleźć można odpowiedź w książce ks. prof. Krzysztofa Pawliny „Powołania kapłańskie AD 2020”.

Fot. Jan Sędek, diecezja warszawsko-praska/okładka książki "Powołania kapłańskie AD 2020" ks. prof. Krzysztofa Pawliny

Książka ks. prof. Krzysztofa Pawliny powstała na podstawie ogólnopolskich badań przeprowadzonych na początku roku akademickiego 2019/2020, w formie ankiety wśród nowo przyjętych kandydatów do seminariów, jeszcze przed rozpoczęciem jakichkolwiek zajęć. W sumie uzyskano 289 ankiet z 38 wyższych seminariów duchownych. Spośród wszystkich seminariów zaproszonych do udziału, kwestionariusza nie odesłały jedynie 4 seminaria: przemyskie, olsztyńskie, zielonogórskie i zamojsko – lubaczowskie. Ks. prof. Pawlina zwraca uwagę na wysoką pod względem formalnym jakość otrzymanego materiału.

To drugie tego typu badania w Polsce.Pierwsze odbyły się w roku 2000. Motywacją do podjęcia obecnych badań była nie tylko chęć odpowiedzi na pytanie, jacy ludzie decydują się dziś na wstąpienie do seminarium ale również porównanie otrzymanych wyników z tymi sprzed 20 lat.

Z badań wynika, że kolebką powołań nadal pozostają diecezje południowej Polski, choć i tam w ciągu 20 lat odnotowano wyraźny spadek liczby alumnów. Dokładnie jak 20 lat temu ok. 40 proc. kandydatów pochodzi ze wsi, ok. 60 proc. – z miasta. Alumni pochodzą zwykle z rodzin średniozamożnych, coraz częściej inteligenckich, w których oboje rodzice są aktywni zawodowo. Nadal głównym źródłem powołań są trwałe rodziny. 92 proc. badanych deklaruje, że ma rodzeństwo.

Średnia wieku osób rozpoczynających studia seminaryjne to obecnie 21 lat i 4 miesiące. Najczęściej decyzja zapada po maturze, choć wzrasta liczba osób, które podejmują ją przed 30 rokiem życia, już po ukończeniu jakiś studiów wyższych lub rozpoczęciu pracy. Średni czas podejmowania decyzji o kapłaństwie wynosi 4 lata – to nieco dłużej niż 20 lat temu. Jak wynika z ankiet, najczęściej powołanie zaczyna kiełkować w młodym człowieku ok. 17 roku życia.

Głównym zapleczem powołań kapłańskich jest wciąż wierząca rodzina chrześcijańska,choć powoli wzrasta odsetek osób deklarujących obojętność rodziców na sprawy wiary. Warto zauważyć, że aż 84 proc. kandydatów do kapłaństwa to byli ministranci. 44 proc z nich deklaruje, że należało do służby liturgicznej przez wiele lat (nawet od 9 do 12 lat). Znajomi duchowni wspierają pojawiające się u młodych myśli o powołaniu, natomiast – co ciekawe – coraz rzadziej czynią to rodzice i najbliższa rodzina.

Dlaczego młodzi chcą wstąpić do seminarium? Jest to bez wątpienia wiara i przekonania religijne. Jeśli chodzi o motywację przyszłych księży, w porównaniu z motywacjami sprzed 20 lat, ks. prof. Pawlina zauważa pewne przesunięcie akcentów z potrzeby służby (Bogu, Kościołowi, ludziom) w kierunku potrzeby pogłębienia osobistej relacji z Bogiem.

Sprawa powołania jest więc traktowana jako element bardziej osobistego rozwoju duchowego niż służby

– pisze autor książki. Ks. prof. Pawlina zwraca uwagę, że w ciągu ostatnich 20 lat w kandydatach wzrosła świadomość znaczenia miłości w powołaniu chrześcijańskim, zmalało natomiast przywiązanie do jurydycznego wypełniania przykazań. Pojawia się też coraz większy problem w znalezieniu kryteriów definiujących, co jest dobre a co złe.

Przyszli księża prezentują soborową wizję Kościoła, definiują go jako wspólnotę wiernych. Są jednak krytyczni wobec jego obecnego funkcjonowania, często stwierdzają, że Kościół nie przystaje dziś do współczesnego świata. Jak widzą w nim swoje miejsce? Niemal połowa (45 proc.) chciałaby pracować w parafii. Ks. prof. Pawlinę to w pewnym stopniu niepokoi: „posługa w parafii nie wymaga specjalnych przedsięwzięć, bo koncentruje się na sprawowaniu kultu. Byłby to zły znak dla eklezjologii, jaką rozpościera przed nami papież Franciszek” – pisze. Jak zauważa, wyraźnie spadł odsetek osób deklarujących pragnienie pracy misyjnej czy charytatywnej. Niepokoi go również deklarowany brak pasji wychowawczych – jedynie 2,5 proc. ankietowanych chciałoby poświęcić się katechezie.

Muzyka, sport, turystyka, film, komputer – to najczęściej wymieniane przez kandydatów zainteresowania. Nie odbiegają one zasadniczo od zainteresowań przeciętnego młodego człowieka. Podobnie jak wśród innych młodych – wśród przyszłych seminarzystów słabnie zainteresowanie książkami. Ich mocną stroną nie jest też ani wiedza ogólna ani wiedza religijna. Ponad połowa osób (51,5 proc.) korzysta z Internetu 2 godziny dziennie. Aż 15,2 proc. korzysta jednak z niego ponad 4 godziny dziennie, czyli znajduje się na granicy uzależnienia. Posiadanie nałogów jest pewnym problemem wśród kandydatów do kapłaństwa. Najczęstszym z nich jest pornografia. Do sięgania po nią dość często lub bardzo często przyznaje się 38,7 osób.

– stwierdza ks. prof. Pawlina.

ZMIANY W MODLITWIE

Zmiany w modlitwach. , Zebranie Plenarne KEP na Jasnej Górze

Biskupi przyjęli normy dotyczące ujednolicania tekstów niektórych modlitw i polskie tłumaczenie tekstów liturgicznych - Będziemy mieć wzorzec, do którego można się odwołać – podkreślił bp Adam Bałabuch, przewodniczący Komisji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Zmiany dot. m.in. modlitwy "Zdrowaś Maryjo".

Ujednolicenie polskiego brzmienia wybranych modlitw, publikowanych w różnych źródłach, ma na celu korektę zauważonych rozbieżności i niedogodności oraz wprowadzenie ładu na forum wydawnictw katolickich, także w Internecie - informuje KEP.

Decyzja biskupów dotyczy m.in. modlitwy Pozdrowienia Anielskiego, w której poprawna formuła to "Zdrowaś Maryjo" (nie "...Mario"), "błogosławionaś Ty między niewiastami" (a nie np. "błogosławiona jesteś")

Wśród ujednoliconych formuł znalazła się także modlitwa "O mój Jezu" (fatimski akt strzelisty z modlitwy różańcowej) z formułą "dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia", oraz wezwanie "O Krwi i Wodo" z kultu Bożego Miłosierdzia, w której potwierdzono, jako obowiązującą formułę "...któraś wypłynęła..." (nie "wytrysnęła").

Wyjaśniając zmianę ostatniej modlitwy zaczerpniętej z "Dzienniczka" św. s. Faustyny zwrócono uwagę, że sama s. Faustyna używa różnych brzmień: "wytrysła" (Dz. 83 i 309), "wytrysnęła" (Dz. 187), "wytrysłaś" (Dz. 813). "W oficjalnych zatwierdzonych modlitewnikach Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia (»Jezu, ufam Tobie« z r. 1993 oraz »Bóg bogaty w Miłosierdzie« z 2014 r.) używa się formy »wypłynęła« nawiązującego do biblijnej sceny przebicia serca Chrystusa: »jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda«" - zwrócono uwagę.

"Ojcze nasz" 

Dla użytku modlitewnego Kościół zgodnie ze swoim prawem przyjmował przez wielki formuły, które mogły nieco odchodzić od tekstu źródłowego i nadal pozostawały autentyczną interpretacją teologiczną źródła, np. mszalna formuła "Panie nie jestem godzien" czy modlitwa "Ojcze nasz”, (która w samych Ewangeliach ma niejednorodne brzmienie), a nawet formuła konsekracji eucharystycznej, która w Biblii ma cztery źródła, każde nieco odmienne.

Wśród ujednoliconych modlitw są także modlitwa "Aniele Boży" oraz fatimska "Modlitwa Anioła". Po przyjęciu przez KEP form ujednoliconych, zostaną one opublikowane i staną się obowiązujące dla kolejnych wydań tekstów liturgicznych i innych modlitewników

Konferencja Episkopatu Polski zatwierdziła 28 sierpnia polskie tłumaczenie trzech nowych wezwań litanii loretańskiej: "Matko miłosierdzia", "Matko nadziei", "Pociecho migrantów" - poinformowało w sobotę biuro prasowe Episkopatu.

Nowe wezwania litanii loretańskiej, wprowadzone w języku łacińskim przez Stolicę Apostolską 20 czerwca 2020 r., będą odtąd brzmiały w języku polskim "Matko miłosierdzia" (po "Matko Kościoła"), "Matko nadziei" (po "Matko łaski Bożej"), "Pociecho migrantów" (po "Ucieczko grzesznych").

Zaznaczono, że wezwania "Matko miłosierdzia", które w polskiej wersji litanii już było w użyciu po wezwaniu "Matko łaski Bożej", odtąd będzie znajdować się w nowym miejscu.

"Nie można dokładać dodatkowych wezwań np. Królowo świata, tylko dla dokończenia symetrycznej frazy melodycznej" - zwrócił uwagę sekretarz Komisji KEP ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów ks. Dominik Ostrowski.

Podkreślił, że w litaniach priorytetem jest tekst modlitwy, a nie melodia, dlatego "należy promować lub komponować takie melodie litanii, które nie zakładają parzystej liczby wezwań".

Nowe brzmienie litanii loretańskiej obowiązuje z dniem podjęcia uchwały, tzn. od 28 sierpnia 2020 r. W obecnym kształcie litania loretańska ma 55 wezwań do Matki Bożej.

Litania loretańska nazywana jest także litanią do Najświętszej Maryi Panny. Pierwsza wersja tego rodzaju modlitwy powstała w XII wieku we Francji, nie zachowała się. Utrwaliła się wersja używana od pierwszej połowy XVI wieku w Loreto. Stąd nazwa litania loretańska. W 1587 roku papież Sykstus V związał z jej odmawianiem przywilej odpustu. W roku 1631 zakazano wprowadzania wszelkich zmian w litanii bez zezwolenia Stolicy Apostolskiej, co wpłynęło na jej ujednolicenie i upowszechnienie

GN 35/2020. Sierpniowy przełomDokument:(6484204,Trzeba sięgać do tych źródeł)

Trzeba sięgać do tych źródełKolejne wspólne przedsięwzięcie Instytutu Pamięci Narodowej i „Gościa Niedzielnego” prezentujemy w 40. rocznicę protestów, z których wyrósł NSZZ „Solidarność”, ogólnonarodowy ruch wyrażający aspiracje Polaków, nie tylko prowadzący ku niepodległej Ojczyźnie, ale przynoszący wolność także innym narodom sowieckiego imperium zniewolonym przez komunizm.

Chodziło o coś więcej niż podwyżki– Od miesięcy przygotowywaliśmy się na ewentualność strajku. Kiedy stało się to faktem, dokładnie wiedzieliśmy, co robić, w jaki sposób działać – wspomina Andrzej Kołodziej, współpracownik Wolnych Związków Zawodowych, sygnatariusz porozumień sierpniowych.