Prymas Wyszyński „od siebie” o Bożym Narodzeniu

Prymas Wyszyński „od siebie” o Bożym Narodzeniu

Ileż było niespodziewanych trudności przed przyjściem Jezusa na świat! (...) Chodzi w nich o to, abyśmy zrozumieli w głębi nocy – tego „medium silentium” – jak nieustannie musimy poprawiać naszą miłość i jak bardzo musimy ufać Bogu nie czyniąc Mu wymówek

Pierwsze Boże Narodzenie Prymasa Wyszyńskiego w więzieniu wypadało dokładnie trzy miesiące po jego aresztowaniu. Przebywając w Stoczku Warmińskim razem z księdzem Stanisławem Skorodeckim, siostrą Leonią Graczyk i około setką strażników pisał w dzień wigilijny:

W naszej rodzinie domowej – pogodnie i świątecznie. Wzmacniamy się modlitwą i staramy się o to, by nie pokazywać Ojcu Niebieskiemu i Matce Bożej smutnych twarzy. Tyle dziś radości w niebie i na ziemi; czyż można zamącać tę harmonię naszą sprawą? Nasi opiekunowie są poważni, zachowują się bardzo grzecznie i cicho.

Owo „staramy się” miało swoje głębokie uzasadnienie. Nie chodziło tylko o sam fakt uwięzienia, ale o szykany jakich doznawał autor tych słów. Tydzień wcześniej otrzymał z domu paczkę, w której nie było listu od ojca. Czy tata nie odpisywał na jego listy, bo był chory, czy też po prostu komuniści blokowali korespondencję między nimi? Prymas domyślał się, że raczej to drugie, ale to nie zmniejszało jego niepokoju o ojca i jego stan, szczególnie, że był to już człowiek starszy i schorowany. Miał jeszcze nadzieję, że w tym wyjątkowym czasie, gdy rodziny spotykają się przy wigilijnym stole i łamią się opłatkiem,  władze przepuszczą list od taty. Jednak tak się nie stało.

Tę chęć okazania mi swej przewagi wybaczam swoim opiekunom – zapisał. – Nie zmuszą mnie niczym do tego, bym ich nienawidził.

Tego samego dnia, około południa do jego pokoju zapukał komendant.

„Przepraszam, paczuszka przyszła, zdaje się od panny Okońskiej“. Wyszedł, zostawiając na stole małe pudełko, odpakowane. Wiedziałem, co jest wewnątrz. To żłóbek dla naszej kaplicy.

Jak doszło do doręczenia tej zaskakującej przesyłki? Otóż Maria Okońska, bliska współpracowniczka Prymasa i jego duchowa córka, miała znajomości … w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Znała nie byle kogo, bo samą Julię Brystygierową, która stała na czele Departamentu V tego ministerstwa. Poznała ją w dość przykrych okolicznościach, gdy została aresztowana i osadzona w więzieniu za działalność apostolską. Po interwencjach Wyszyńskiego, wówczas jeszcze biskupa lubelskiego, została zwolniona. To ona doprowadziła do spotkania Brystygierowej z Prymasem w Wielki Piątek 1949 roku. W grudniu 1953 roku poszła do MBP i poprosiła o przekazanie żłóbka.

Miałem dziwne przeczucie, że Dzieciątko Boże trafi do nas jakąś drogą – zanotował Prymas.– Trafiło! I radość, i wdzięczność za tę delikatną pociechę. „Dzieciątko Boże” objawiło się dopiero przy wieczerzy wigilijnej, którą spożywaliśmy we troje, o godzinie 19.

Tydzień później, w pierwszy dzień Nowego Roku 1954 przechadzając się po ogrodzie z księdzem Skorodeckim usłyszeli słabe odgłosy muzyki i śpiewu.

Nigdy dotąd nie dotarł do nas żaden żywy, ludzki znak życia religijnego ze świątyni, która przylega do naszego więzienia. Powoli rozróżniamy melodię kolędy: „Pójdźmy wszyscy do stajenki”. Śpiewa lud, towarzyszą organy. Przy bardzo pilnym nadsłuchiwaniu docierają do nas jedynie zrozumiałe słowa: „Coś się narodził tej nocy, byś nas wyrwał z czarta mocy”.

Każde z tych wydarzeń – samych w sobie drobnych i zdawałoby się nieistotnych – Prymas traktował jako swoiste prezenty od Pana Boga, pocieszenie w cierpieniu. Jednocześnie nie tracił nadziei, że jego sytuacja ulegnie zmianie na lepsze. Przecież był wiernym synem Maryi, a rozpoczynający się rok to jubileusz stulecia ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

Jubileusz ten już zaczęliśmy przygotowywać przed moim aresztowaniem. Gorącym moim pragnieniem jest, bym mógł się przyczynić do pogłębienia duchowego tych uroczystości przez przygotowanie swoich archidiecezji. Zamierzałem dokonać konsekracji nowej świątyni ku uczczeniu Niepokalanego Poczęcia w Niepokalanowie. Konsekracja była ustalona na 8 września br. Obym dostąpił tej wielkiej łaski!

Jak wiemy, ta nadzieja się nie spełniła i nie spełniło się jeszcze wiele innych nadziei Prymasa zarówno w więzieniu jak i po wyjściu z niego.

Miłość musi być próbowana, jak złoto w ogniu. Tylko mała miłość w ogniu prób kruszeje. Wielka miłość oczyszcza się i rozpala. A Bóg chce od nas wielkiej miłości.

Dlaczego chrześcijanin, który pragnie być wierny, zawsze napotyka trudności?

Niewątpliwie, każdy z nas ma głębokie pragnienie miłowania Boga i każdy myśli zapewne w swym idealnym programie, że wystarczy oddać się Bogu, a będzie już pokój i szczęście. Nieraz wydaje się nam, że już niczego nie powinno nam braknąć, jeżeli mamy najlepszą wolę służenia Bogu. Wszystkie trudności powinny wtedy ustąpić. Ale w rzeczywistości tak nie jest. Przeciwnie, im więcej mamy dobrej woli, którą niekiedy niesłusznie sobie przypisujemy, zamiast przypisać ją działającej łasce, tym więcej rodzi się trudności. Ale cóż w tym dziwnego?! Miłość musi być próbowana, jak złoto w ogniu. Tylko mała miłość w ogniu prób kruszeje. Wielka miłość oczyszcza się i rozpala. A Bóg chce od nas wielkiej miłości.

Czy Boże Narodzenie – trzykrotnie przeżyte w więzieniu w latach 53,54 i 55 – pomogło Księdzu Prymasowi w zrozumieniu tej zasady?

Ileż było niespodziewanych trudności przed przyjściem Jezusa na świat! Oto najpierw wątpliwości sprawiedliwego Opiekuna Józefa, o których mówi Ewangelia […] Mszy świętej z Wigilii Bożego Narodzenia. Józef widząc Maryję brzemienną, zamierzał ją potajemnie opuścić, aby nie narazić Jej na zniesławienie. […] My nie jesteśmy nawet w stanie zrozumieć, jak trudna musiała być sytuacja Najczystszej z dziewic, którą Bóg wybrał sobie spośród miliardów! W jak delikatnej pozycji Ją ustawił. Józef znał Ją dobrze i żadna niewłaściwa myśl nie przyszła mu do głowy, ale jednak do końca wszystkiego nie rozumiał, dopóki mu to nie było przez Boga wyjaśnione. Na olbrzymią próbę wystawiona była Niepokalana, nietknięta przez grzech. Patrzcie jak wiele Bóg wymaga od wybranych swoich, jak ciągle „poprawia” własny program, jak podnosi wymagania! To prawdziwa ogniowa próba miłości! A potem było coraz trudniej… Oto nagła podróż do Betlejem, w najniewłaściwszej chwili, bo na kilka dni niemal przed narodzeniem Dziecięcia! […] A później, w Betlejem, nowa komplikacja: po uciążliwej drodze pukanie od drzwi do drzwi… Nic gotowego. […] Nie mnóżmy już przykładów i faktów, bo nie o to idzie. Idzie o większą, największą miłość…! Te przykłady to tylko znak. Idzie o to, abyśmy zrozumieli w głębi nocy – tego „medium silentium” – jak nieustannie musimy poprawiać naszą miłość i jak bardzo musimy ufać Bogu nie czyniąc Mu wymówek.

Ksiądz Prymas hasłem swojego życia uczynił słowa „Soli Deo per Mariam” (Tylko Bogu przez Maryję). Pracował ciężko jako biskup dwóch wielkich diecezji i niczego innego nie pragnął jak realizować w tej pracy program zakreślony w motto biskupim. To było za mało dla Boga?

Bóg jest przeciwnikiem naszego minimalnego programu, który niekiedy sobie zakreślimy, mówiąc: masz mnie całego i czego chcesz więcej? Tymczasem On powiada: chcę ciebie jeszcze większego, jeszcze wspanialszego. Wymawiamy się powtarzając: nie mogę już więcej! – Jak to nie możesz? Wszak wszystko możesz w Tym, który cię umacnia! – Ale jestem słaby, nieudolny. – To nic! W przeciwnościach, w cierpieniu, w słabościach moc doskonalszą się staje. Miłość doświadczana – ta dopiero się liczy! – W męce i doświadczeniu dopiero się ją poznaje.

Dopiero, gdy Syn Boży stał się bezbronnym Dziecięciem, gdy zakwilił, zapłakał, a potem wyciągnął ręce na krzyżu, poznaliśmy, jak Bóg umiłował świat.

W dzień pierwszej więziennej wigilii do Księdza Prymasa dotarł żłóbek z Dzieciątkiem, co wywołało wielką radość. Dlaczego ten znak jest tak ważny?

Bóg stworzył nas z miłości i obdarzył po królewsku, jak istne królewiątka, dzieci Wielkiego, Niebieskiego Króla. Cały wszechświat i jego nieskończone piękno – dla nas! Cała miłość Boża i ludzka – nasza! A jednak nie poznaliśmy się na Jego miłości! Dopiero, gdy Ojciec Syna nam dał, gdy położył Go w żłobie, na sianie, między bydlętami, gdy Syn Boży stał się bezbronnym Dziecięciem, gdy zakwilił, zapłakał, a potem wyciągnął ręce na krzyżu, poznaliśmy, jak Bóg umiłował świat. Dopiero wtedy otworzyły się nam oczy na Jego miłość! […] Tak, dopiero wtedy, w żłobie, na sianie, w poniżeniu i opuszczeniu Syna Człowieczego poznaliśmy się na Jego miłości. Zrozumieliśmy, że miłość to Bóg, że Bóg jest Miłością, że nas aż tak umiłował…! A czyż Bóg nie ma prawa próbować naszej miłości? I żądać więcej, więcej? […] Bóg będzie ciągle podnosił swoje wymagania. – Do jakich granic? – pytamy. Kiedy to się wszystko skończy? Bez granic i nigdy się nie skończy! Jesteśmy dziećmi Wieczności. Urodzeni z Boga, który nie umiera, trwamy na wieki.Tego nas uczy betlejemski żłób! Ale pojąć to możemy tylko w sercu niezgłębionego milczenia…

O co dziś chciałbyś zapytać Prymasa Tysiąclecia?

Nauczanie Prymasa jest aktualne do dzisiaj. Może nurtują cię pytania dotyczące wiary, życia, historii, bieżących problemów, dylematów, kontrowersji? Może szukasz odpowiedzi i wskazówek do podjęcia właściwych decyzji życiowych, a może chcesz pogłębić swoją wiarę, sięgając po wartościowe teksty i rozważania?

Zachęcamy, by zadawać pytania wpisując je w poniższy, anonimowy formularz. Odpowiedzi zostaną sformułowane na podstawie tekstów dokumentujących naukę kardynała Wyszyńskiego wraz z ich omówieniem.

23 letni alumn ....

KARD. STEFAN WYSZYŃSKI

Miał odprawić tylko kilka Mszy świętych. Został prymasem

Gdy 95 lat temu, 3 sierpnia w kaplicy Matki Bożej we włocławskiej katedrze bp Wojciech Owczarek święcił 23-letniego alumna Wyszyńskiego, nie mógł nawet przypuszczać kim w przyszłości będzie ten kleryk o słabym zdrowiu.

ANNA
WOJTAS

Choć on marzył, by mógł w życiu odprawić przynajmniej kilka Mszy świętych, w kapłaństwie przeżył niemal 57 lat, został rektorem seminarium, biskupem, prymasem Polski. Potomni powiedzą o nim, że był Prymasem Tysiąclecia. 

Jak zapamiętał dzień święceń?

Stary zakrystianin włocławskiej katedry, pan Radomski widząc go w świątyni powiedział: „Proszę księdza, z takim zdrowiem to chyba raczej trzeba iść na cmentarz, a nie do święceń”. Święcenia jednak odbyły się. „Byłem święcony przez chorego, ledwo trzymającego się na nogach bp. Wojciecha Owczarka. Ale i ja czułem się niewiele lepiej. Podczas Litanii do Wszystkich Świętych, spoczywając na posadzce, lękałem się chwili, gdy trzeba będzie wstać. Czy zdołam utrzymać się na nogach? Taki był stan mojego zdrowia.

Reklama

 

Ale Biskup Stanisław pozwolił mnie wyświęcić. I ja pragnąłem, po licznych trudnościach i przeciwnościach, skończyć w swoim życiu okres przygotowania do kapłaństwa, więc podźwignąłem się z choroby”.

Podczas święceń kapłańskich w kaplicy Matki Bożej we włocławskiej katedrze zarówno biskupa jak i neoprezbitera wspierał jako koncelebrans ks. Stefan Petrykowski, ówczesny notariusz Kurii Włocławskiej. Obecny był także kolega rocznikowy ks. Józef Dunaj oraz rodzona siostra późniejszego prymasa Wyszyńskiego. Oczywiście nie mogło też zabraknąć katedralnego zakrystianina.

„Wszyscy byli wyrozumiali dla mnie i poniekąd brali na siebie odpowiedzialność za to, co będzie później. A ja tylko o jedno się starałem, aby nie uczynić zawodu Chrystusowi – który przynaglał, Jego Matce, w obliczu której się to działo, i biskupowi – który brał za mnie odpowiedzialność” – wspomina w swoich późniejszych zapiskach kard. Wyszyński.

Reklama

 

„Pragnieniem moim było – pisze, aby móc w życiu przynajmniej kilka Mszy świętych odprawić. Bóg jednak dodał do tych lat wiele jeszcze innych, nieprzewidzianych, i On wyznaczył czas. Przez to zobowiązał się poniekąd do tego, że gdy zażąda od człowieka służby kapłańskiej, będzie go potem w niej wspierał.

Od tamtej chwili czuję, że ciągnę nie swoimi siłami, tylko mocami Bożymi, dlatego niczego nie mogę przypisywać sobie, nie mogę zbyt dużo mówić o moim kapłaństwie, o tym, co miało miejsce w moim życiu, bo byłem tylko uległy Bogu. Apostoł usłyszał: „Wystarczy ci łaska Boża, albowiem moc udoskonala się w słabości” (por. 2 Kor 12, 9).

 

YouTube / Diecezja Włocławska

Dlaczego w sierpniu, u Matki Bożej?

Koledzy z seminaryjnego rocznika Prymasa Wyszyńskiego przyjęli święcenia 29 czerwca 1924 r. w bazylice katedralnej we Włocławku. „A ja w tym dniu poszedłem do szpitala – wspomina po latach kard. Wyszyński. – Byłem święcony sam – 3 sierpnia. Była to jednak szczęśliwa okoliczność, gdyż dzięki temu mogłem otrzymać święcenia w kaplicy Matki Bożej”.

Pierwszą Mszę św. ks. Wyszyński pojechał odprawić na Jasną Górę. Zawiozła go tam jego siostra a on sam wspominał potem: „pojechałem na Jasną Górę, aby mieć Matkę, aby stanęła przy każdej mojej Mszy św., jak stanęła przy Chrystusie na Kalwarii”.

„Przez dłuższy czas każdego dnia wydawało mi się, że odprawiam ostatnią Mszę św. w moim życiu. Ale tych ostatnich Mszy było bardzo dużo… aż do dziś. Dziś już tak nie myślę, trochę się człowiek rozzuchwalił, upewnił w swojej drodze. Ale chciałbym mieć to usposobienie nadal, abym naprawdę wierzył, że co dzień trzeba sprawować Najświętszą Ofiarę tak, jak gdyby naprawdę była ostatnią”.

 

Reklama

 

We Włocławku, 95 lat później

3 sierpnia – dzień urodzin i święceń kapłańskich kard. Stefana Wyszyńskiego zamierza upamiętnić diecezja włocławska. W katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny we Włocławku o godz. 11.00 zostanie odprawiona dziękczynna Msza św. pod przewodnictwem bp. Wiesława Meringa a w kaplicy, gdzie przyjął święcenia prezbiteratu ks. Wyszyński, w oczekiwaniu na beatyfikację, zostanie odsłonięty jego portret. „Stojący przed katedrą pomnik Prymasa Wyszyńskiego ciągle nam przypomina, jakie mieliśmy szczęście, by korzystać z dorobku intelektu i serca Kardynała” – podkreśla biskup włocławski zapraszając do wspólnej modlitwy

PRYMAS WYSZYŃSKI " OD SIEBIE" walce duchowej

Prymas Wyszyński „od siebie” o walce duchowej

Prymas Wyszyński był doskonale świadom faktu, że ludzie, którzy go skrzywdzili nie są złem, ale ofiarami zła. I wiedział również, że walka nie toczy się z nimi, ale z przeciwnikiem znacznie potężniejszym, który atakuje nie tylko od zewnątrz lecz – co bardziej niebezpieczne – od wewnątrz.

PAWEŁ
ZUCHNIEWICZ

Gdy na początku 1949 roku arcybiskup Stefan Wyszyński obejmował archidiecezje gnieźnieńską i warszawską, Polska wkraczała w okres, który do historii przeszedł pod nazwą stalinizmu. Po sfałszowanych wyborach (1947), rozbiciu podziemia niepodległościowego i zjednoczeniu PPS i PPR (1948) na celowniku władzy stawał Kościół – ostatnia przeszkoda na drodze do przejęcia rządu nad duszami Polaków.

Kościół miał bogate doświadczenie prześladowań i zastępy męczenników, którzy dowiedli, że są gotowi cierpieć za wiarę aż do oddania wolności i życia. Tą drogą poszli współcześni Stefanowi Wyszyńskiemu jego odpowiednicy na Węgrzech (József Mindszenty) czy w Chorwacji (Alojzije Stepinac).

Tymczasem Prymas podjął próbę, która – przynajmniej pozornie – wiodła w innym kierunku. Zaczął pertraktować z wrogiem wiary. Mimo szykan i ewidentnych niesprawiedliwości parł do podpisania porozumienia z tymi, których celem było zniszczenie Kościoła.

Ostatecznie zostało ono zawarte w roku 1950. Wówczas zapytano Prymasa, czy należy negocjować z diabłem. „Z diabłem nie, ale z człowiekiem tak” – odpowiedział.

W prześladowcach Prymas Wyszyński widział raczej ich słabość oraz moc Boga, który potrafi posłużyć się nawet swoimi wrogami dla realizacji zbawczych zamierzeń.

Ten człowiek, a raczej ci ludzie, z którymi rozmawiał mieli jasno określony cel – wykorzenić wiarę katolicką z narodu. Jednak Prymas rozmawiał odmawiając utożsamienia swoich wrogów z duchowym wrogiem Boga. Trzy lata później było jasne, że o żadnym porozumieniu mowy być nie może. Komuniści ogłosili dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych i tym samym przekroczyli Rubikon. Wtedy biskupi oświadczyli „Non possumus” (Nie możemy dalej się cofnąć). Za tym przyszło aresztowanie Stefana Wyszyńskiego.

W filmie „Prymas. Trzy lata z tysiąca” pokazana jest scena podjęcia tej decyzji przez Bolesława Bieruta. Mówi on do swoich współpracowników: „Idziemy po duszę tego narodu”. Był to punkt przełomowy, w którym walka ludzka – polityczna, ideologiczna, kulturowa – ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Była to walka duchowa.

„Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” – pisze św. Paweł w Liście do Efezjan. Prymas Wyszyński był doskonale świadom faktu, że ludzie, którzy go skrzywdzili nie są złem, ale ofiarami zła. I wiedział również, że walka nie toczy się z nimi, ale z przeciwnikiem znacznie potężniejszym, który atakuje nie tylko od zewnątrz lecz – co bardziej niebezpieczne – od wewnątrz. Zaś w prześladowcach widział raczej ich słabość oraz moc Boga, który potrafi posłużyć się nawet swoimi wrogami dla realizacji zbawczych zamierzeń.

Przyjdą ludzie, którzy odrzucą nienawiść i zrozumieją nienawidzonego Boga. Prześladowcy Boga pracują dla Jego chwały.

Jak miłować ludzi, którzy przejawiają nienawiść do drugiego człowieka?

Dziwna to jest sprawa z tymi Herodami – napisał w Stoczku 6 stycznia 1954 roku – Gdy przesadzą w swej nienawiści, stają się apostołami sprawy, którą zwalczają. Herod pierwszy uwierzył w „Króla Żydowskiego”. Zrobił Mu potężną propagandę w całej Jerozolimie. Wysłał do Betlejem naprzód Mędrców. Zasadził do Ksiąg Proroczych uczonych w Piśmie, aby zbadali dobrze, gdzie miał narodzić się Chrystus. Potwierdzili oni nowinę Mędrców. Świat stanął na nogi. Jeszcze Jezus „niemowlęciem”, a już świat herodiański drży. Co będzie, gdy Chrystus urośnie! Jednak nie trzeba wyrzekać się tych apostołów nienawiści, którzy szukają Boga z nienawiścią w sercu i wszystkim głoszą swoją nienawiść. W nienawiści jest wiara, jest lęk, jest uznanie mocy, jest obawa przed wpływami. Przyjdą ludzie, którzy odrzucą nienawiść i zrozumieją nienawidzonego Boga. Prześladowcy Boga pracują dla Jego chwały. Niewiara ma swój sens: nie tylko w tym, że ujawnia słabsze mózgi o nędznej pojemności, niezdolne ogarnąć Boga, ale przede wszystkim w tym, że jest zachętą do wysiłku myślowego, do szukania Prawdy, do wnikliwości, niepokoju. Zdumiewająca rzecz, ilu szatanów wyznawało swą wiarę w Bóstwo Chrystusa (Łk 4,33-41). Chrystus kazał im milczeć, lecz oni nie mogli milczeć: musieli głosić „Świętego Bożego”.

Ilu szatanów, podniecając nienawiść w sercach ludzkich do Boga, nauczyło ludzi wierzyć w Boga!

Co zatem jest pierwszym warunkiem skutecznej walki z szatanem?

To siła wiary otwiera myśli i kształtuje je w potężny głos. To oczywistość, której nie tylko nie można zaprzeczyć, ale nie można jej w sobie utrzymać. Ilu ludziom oczywistość wiary tłoczy do ust wyznanie. Ale z człowiekiem bywa nieraz gorzej, niż z szatanem. Bo konwenans, pycha, przesąd – mogą zamknąć usta wyznaniu. Ilu szatanów, podniecając nienawiść w sercach ludzkich do Boga, nauczyło ludzi wierzyć w Boga! Ile krwawych prześladowań Kościoła otwierało oczy ludziom na potęgę Kościoła! Uznali to zwłaszcza pisarze, którzy całe życie strawili na pisaniu bluźnierstw. Gorzej było z szatanami w mundurach, bo tu spotyka się najwięcej ludzi głupich, a tych nawet szatan rozumu nie może nauczyć. Głupota jest najwierniejszym sprzymierzeńcem niewiary. Ale prawdziwy szatan, to mądry duch, który wie, że Jezus jest Chrystusem (Łk 4,41), Synem Bożym.

Czasem wydaje się, że zło jest wszechwładne, a człowiek jest wobec niego bezradny. Jak modlić się w takiej chwili?

Choćbym się ujrzał na dnie piekieł w obliczu szatana, królującego w całej chwale swojej i potędze nieludzkiej, to jeszcze Królem mego serca będziesz Ty, Chryste, ubiczowany, sponiewierany i ukrzyżowany. Twoje wzgardzone Królestwo stawiam sobie wyżej, gdy je dziś rozważam, niż największą chwałę królestwa ciemności. Gdybym miał dziś wybrać drogi życia mego na nowo, wybrałbym z najwspanialszych bram tę, która prowadzi do kapłaństwa, choćbym w głębi tej drogi widział przygotowaną dla siebie gilotynę. Gdybym miał do wyboru: posiąść na własność bibliotekę Muzeum Brytyjskiego, czy też jeden mszalik, wybrałbym mszalik. Gdybym miał nadzieję odzyskania wolności za cenę najdrobniejszego upokorzenia Kościoła, wybrałbym dozgonną niewolę. Wierzę w żywot wieczny, a więc w życie, które się tylko odmienia, a nie ustaje; mam przeto wiele czasu i wiele cierpliwości.

Wielką jest łaską, że Chrystus dał poznać na sobie, jakimi metodami posługuje się kusiciel, jakie są jego kusicielskie chwyty.

Ewangelia mówi o wyprowadzeniu Jezusa na pustynię, gdzie po czterdziestodniowym poście był on kuszony przez diabła. Ksiądz Prymas też został wyprowadzony na swoistą pustynię, którą było trzyletnie więzienie. Czy ta analogia dotyczy także pokusy?

Nieustannie wraca nam tragiczna scena z Wielkiego Kuszenia Syna Człowieczego. Do dziś dnia powtarza się w dziejach człowieczeństwa, w życiu Kościoła Chrystusowego, w duszy każdego chrześcijanina. Wielką jest łaską, że Chrystus dał poznać na sobie, jakimi metodami posługuje się kusiciel, jakie są jego kusicielskie chwyty. Czyż nie widzę w sobie, jak wrażliwy jestem na pokusę „chleba”, na pokusę łatwizny życiowej, na pokusę „świętego spokoju”. Czyż nie dobrze podpatrzył kusiciel moje słabości? Jeślim nie uległ tym pokusom dotąd, to wcale nie znaczy, żem już bezpieczny. Jeślim wytrwał, to czy nie dlatego, że Bóg walczył za mnie?

 

Tę walkę wielu ludzi przegrało i nadal przegrywa. Dlaczego?

Walka dziś toczona z Kościołem zwycięża w wielu ludziach właśnie dlatego, że pieką sobie chleby z kamieni, rzuconych Kościołowi pod nogi; że pozwalają się nosić na rękach złym duchom

Walka dziś toczona z Kościołem zwycięża w wielu ludziach właśnie dlatego, że pieką sobie chleby z kamieni, rzuconych Kościołowi pod nogi; że pozwalają się nosić na rękach złym duchom, że nieustannie padają plackiem na twarz, bijąc służalcze hołdy wszystkim kusicielom. To są współcześni katolicy „postępowi”. W czym? „Postępowi” w złu! Czynią nieustanny postęp w uległości wszystkim, coraz słabszym pokusom. – Czy mam się z nich gorszyć? Nie – raczej mam mądrzeć, abym sam nie był kuszony „od diabła”. – By mnie uratować przed pokusą, Duch Boży zaprowadził mnie na tę puszczę. Ale i tu nie jestem wolny od pokus: są to walki z sobą, aby już nie myśleć, że mogą być inne drogi niż te, którymi prowadzi mnie Duch Boży.

 

To naturalne, że będąc w więzieniu Ksiądz Prymas nie godził się z tym. Przecież chciał wrócić do diecezji, do pracy wśród ludzi. Musiało to być szczególnie dokuczliwe w okresach, gdy liturgia ma większą intensywność, a naturalne miejsce biskupa jest w jego katedrze…

[To] jedna z „najświętszych” pokus! (…). Kto moim dzieciom otworzy oczy na te cuda myśli Bożej, patrzące z liturgii Kościoła? Wszak łaskę stanu dla moich dzieci mam przede wszystkim ja! I obowiązek, i zrozumienie, i gotowość… I to wszystko ma ucichnąć, zmilknąć, nie dojść do głosu, chociaż w duszy kipi? Oby moje „kamienie” stały się chlebem! Ojcze – dla nich! „Rzuć się na dół!” Już teraz!… Boże Niezbadany! (…) Ojcze! Daj moc zwyciężyć i tę pokusę – najświętszą pokusę „służenia Tobie coram populo” [wobec ludu – publicznie]. Czyż nie są większą chwałą Twoją „święte wyrzeczenia”, pozorna bezcelowość takiego życia, wydanie na łup Twej woli najszlachetniejszych porywów, ukrzyżowanie swej gorliwości, poddanie swego zapału pasterskiego Twojej rozrzutności?… Mam ucichnąć raz jeszcze; mam zamknąć usta, skrępować wolę, uwiązać swe popędy kapłańskie. Przecież „święte” bardziej się należy Tobie niż grzeszne! Zdradzam siebie, dla Ciebie!

 

Bóg, który jest Miłością, spieszy natychmiast z pomocą i pociechą. Obiecuje im Odkupienie. Przyjdzie ono przez Niewiastę.

Ksiądz Prymas po osadzeniu w więzieniu musiał się konfrontować z wieloma pokusami: nienawiści wobec prześladowców, oddania się przygnębiającym myślom, zabiegania o znalezienie sposobu uwolnienia, wreszcie – smutku z powodu oderwania od swojej służby i ludzi, do których został posłany. W tej sytuacji szuka sprzymierzeńca i znajduje go w Maryi, której oddaje się w niewolę 8 grudnia 1953 roku. Dlaczego Matka Jezusa jest takim skutecznym wsparciem w walce z szatanem?

Cofnijmy się do zdarzenia, jakie miało miejsce jeszcze w raju. Oto pierwsi rodzice strapieni są swą słabością, niedolą i upadkiem. Zda się, iż znikąd nie ma dla nich ratunku. Ale Bóg, który jest Miłością, spieszy natychmiast z pomocą i pociechą. Obiecuje im Odkupienie. Przyjdzie ono przez Niewiastę. Jej błogosławiony Owoc, Jej Syn, zetrze głowę węża – szatana, chociaż ten będzie nieustannie czyhał na Jej stopę. Wprawdzie daleko do tej chwili, ale już jest nadzieja, że przez błogosławiony Owoc żywota Niewiasty, przyjdzie światu zbawienie. Jeszcze Jej nie znają, ale wiedzą, do kogo się uciekać w potrzebie, do kogo kierować swoje modlitwy i tęsknoty. Tak też czynili prorocy w długim okresie oczekiwania na przyjście Zbawiciela.

 Przeczytaj także:

Prymas Wyszyński „od siebie” o cierpieniu

Prymas Wyszyński „od siebie” o rozpoznawaniu woli Bożej

Prymas Wyszyński „od siebie” o odwadze

Prymas Wyszyński „od siebie” o zawierzeniu

Prymas Wyszyński „od siebie” o modlitwie

W nowym numerze "Sieci": Jak wyglądały święta kard. Stefana Wyszyńskiego? Milena Kindziuk analizuje osobiste zapiski Prymasa Tysiąclecia

„Wigilia Bożego Narodzenia. Rano Msza św. w kaplicy domowej. A potem zwykły bieg gorączki przedświątecznej. Mnóstwo papierów do podpisu, sterty listów i spraw pilnych” – taki zapis prymasa Stefana Wyszyńskiego widnieje pod datą 24 grudnia 1951 r. – czytamy w najnowszym, świątecznym wydaniu tygodnika „Sieci”. Milena Kindziuk, na podstawie dzienników kardynała Wyszyńskiego, stara się odtworzyć przebieg świąt Prymasa Tysiąclecia.

Tego dnia w Domu Arcybiskupów Warszawskich przy Miodowej wiele się działo: najpierw, tradycyjnie już przed południem, przybyli księża z całej archidiecezji, by złożyć prymasowi życzenia. Ale też, aby wysłuchać jego wystąpienia. „Starałem się zawsze, by przemówienia wigilijne nie były zdawkową tradycją” – pisał kard. Wyszyński. „Staram się podrzucić coś programowego. I tym razem mówię o problemie duchowieństwa warszawskiego. Widziało ono tyle, patrzyło na największe okropieństwa czasów powstań, przeżyło wraz z ludem Warszawy gehennę niedającą się opisać, wróciło do gruzów. To wszystko tworzy »problem« duchowieństwa. Bo przecież Bóg nie czyni nic bez celu. Skoro pozwolił tyle przeżyć, chciał przez to wiele nauczyć. Jak wynika z zapisków „Pro memoria” (tytuł znaczy: „dla pamięci”, „ku pamięci”), w Wigilię 1951 r. prymas udał się też do sióstr karmelitanek z życzeniami. „Siostrom zleciłem modlitwę w mojej intencji. Nazywam je swoją »nogą«, na której chodzę”. Po południu wziął jeszcze udział w „opłatku” w warszawskim seminarium. Dopiero pod wieczór wrócił na Miodową i mógł zasiąść do wieczerzy wigilijnej. „Domownicy zbierają się o godz. 18.30 w sali domu […]. Jak bardzo jestem wdzięczny Bogu za dobór ludzi, którzy ułatwiają mi ciężką pracę” – pisał.

— czytamy w artykule.

Podobnie miały wyglądać kolejne święta, pisze Milena Kindziuk.

Podobny charakter miały kolejne Wigilie prymasa: w roku 1952 rano odbył dwugodzinną rozmowę z Bolesławem Piaseckim, następnie spotkanie z rektorem KUL, po południu odwiedził księży emerytów w ich domu, skąd od razu pojechał na spotkanie opłatkowe do karmelitanek, a stamtąd na Wigilię w seminarium duchownym. Dopiero o 19.00 prymas usiadł do wieczerzy wigilijnej przy Miodowej, po czym o pół- nocy odprawił Pasterkę. „Dzień był pracowity” – zanotował w „Pro memoria”. O pierwszym dniu Bożego Narodzenia pisał: „[…] składam życzenia wiernym, zachęcam do pielęgnowania religijnych tradycji narodowych Bożego Narodzenia […]. Żegnam obecnych. Przy samochodzie, jak zwykle, gromada ludzi i dzieci, czekających na odjazd. Rozdaję dziatwie obrazki

— pisze Milena Kindziuk.

Nie ulega wątpliwości, że prymas Wyszyński prowadził swoje zapiski bardzo skrupulatnie i rzeczowo. Na ich podstawie możemy również ocenić, jaki ogrom pracy wykonywał na co dzień.

Prymas Wyszyński odnotowywał wszystkie spotkania opłatkowe, na które się udawał lub na które zapraszał różne środowiska praktycznie przez cały grudzień. Rozdawał też przy tej okazji upominki: egzemplarze Pisma Świętego z osobistą dedykacją, a także encyklikę Piusa XII „O chrześcijańskim wychowaniu młodzieży”. Widać, jak uważnie rejestrował wydarzenia. Pod datą 16 grudnia 1951 r. pisał:

Sposób zachowania się młodzieży jest budujący. Odnoszenie się do kapłanów pełne zaufania. Nie kryją swych trudności wynikających z obecnego systemu nauczania. Wszczepiany materializm swoje robi, choć ludzie są zbuntowani przeciwko gniotącej rzeczywistości powszechnego braku i niedostatku

— przybliża nam zapiski kardynała Wyszyńskiego Milena Kindziuk.

Cały artykuł w najnowszym, świątecznym numerze tygodnika „Sieci”, dostępnym w sprzedaży od 18 grudnia, także w formie e-wydania na http://www.wsieciprawdy.pl/e-wydanie.html. Kolejne wydanie tygodnika - noworoczne „Sieci”, ukaże się już w czwartek, 28 grudnia.

Zapraszamy też do subskrypcji tygodnika w Sieci Przyjaciół – www.siecprzyjaciol.pl i oglądania ciekawych audycji telewizji internetowej www.wPolsce.pl.

ZYCIE KOŚCIOŁA W ROKU 2019

ANKIETA Kościół A.D. 2019

Oto zestawienie najważniejszych wydarzeń mijającego roku z życia Kościoła na świecie i w Polsce. Wybierzcie te, które Waszym zdaniem miały największe znaczenie. Klikajcie w tytuły, by przypomnieć sobie wybrane wydarzenia. Jeśli macie inne propozycje, napiszcie w komentarzu.

Wskaż najważniejsze wydarzenia z życia Kościoła na świecie w roku 2019

 Światowe Dni Młodzieży w Panamie

 Pożar katedry Notre Dame

 Synod dla Amazonii

 Watykański "szczyt" w spawie przestępstw seksualnych popełnionych przez duchownych wobec nieletnich

 Przełożeni zakonni przepraszają za pedofilię

 Papież w Emiratach Arabskich. Wizyta w Wielkim Meczecie Szejka Zajeda - spotkanie międzyreligijne, rozmowy z muzułmanami

 Pielgrzymka papieża do Maroka

 Papież w Loretto podpisał adhortację Christus vivit, podsumowującą XV Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne Synodu Biskupów na temat: „Młodzi, wiara i rozeznawanie powołania”

 Franciszek aktualizuje „Anglicanorum coetibus” Benedykta XVI

 Studium Międzynarodowej Komisji Teologicznej o wolności religijnej

 Papieska zgoda na organizowanie pielgrzymek do Medjugorje

 Nowe przepisy dotyczące przestępstw wobec małoletnich w Kościele

 Prześladowania chrześcijan, zamachy, ataki

 Papieska pielgrzymka do Bułgarii i Macedonii

 Początek działalności Charis, czyli nowego organizmu zajmującego się koordynacją całej Katolickiej Odnowy w Duchu Świętym

 Pielgrzymka papieża Franciszka do Rumunii

 Głos Kościoła w sprawie śmierci Vincenta Lamberta

 Stolica Apostolska sprzeciwia się ingerencjom świeckiego prawa w tajemnicę spowiedzi

 Spotkanie papieża z patriarchą Konstantynopola - Bartłomiejem, duchowym zwierzchnikiem Kościołów prawosławnych

 Pielgrzymka papieża Franciszka do Afryki

 Papież Franciszek kreował 13 nowych kardynałów

 Pielgrzymka papieża Franciszka do Japonii i do Tajlandii

 Papież zniósł tajemnicę papieską w sprawach pedofilii

 Inne propozycje? Napisz w komentarzu

Wskaż najważniejsze wydarzenia z życia Kościoła w Polsce w roku 2019

 Stulecie KEP

 Spotkanie polskich biskupów w sprawie ochrony nieletnich

 Apel KEP o zgodę w debacie politycznej Liście społecznym

 Abp Gądecki ponownie wybrany na przewodniczącego KEP

 Dzień Modlitwy i Pokuty wynagradzającej za wykorzystywanie małoletnich w Polsce

 40. rocznica pierwszej pielgrzymki do Polski Jana Pawła II "Gaude Mater Polonia"

 Modlitwa wynagradzająca za profanacje w całej Polsce

 Misja abp Charlesa Scicluny w Polsce

 Modlitwa za ofiary tragicznej burzy w Tatrach

 Polska pod Krzyżem

 Decyzja o beatyfikacji kardynała Stefana Wyszyńskiego

 KEP przyjął nowe zasady formacji w seminariach

 KEP przyjął nowe przepisy o przygotowaniu do małżeństwa

 Odnowienie w Łagiewnikach Jubileuszowego Aktu przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana

 Inne propozycje? Napisz w komentarzu

 

Betlejemskie Światło Pokoju 2019 dotarło do Warszawy

Harcerze przekazali kard. Kazimierzowi Nyczowi i mieszkańcom Warszawy Betlejemskie Światło Pokoju • W tym roku przekazaniu akcji towarzyszy hasło "Światło, które daje moc" •

 

Przedstawiciele Związku Harcerstwa Polskiego odebrali światło z rąk skautów słowackich na Krzeptówkach w Zakopanem w niedzielę rano. Stamtąd rozpoczęło ono swoją wędrówkę po kraju – w tym roku pod hasłem “Światło, które daje moc”, które nawiązuje do słów Jana Pawła II wypowiedzianych na krakowskich Błoniach w 1979 r.

 

Na początku Mszy św. w warszawskiej archikatedrze, której przewodniczył metropolita warszawski kard. Kazimierz Nycz, harcerze wnieśli do kościoła Płomień z Groty Narodzenia Jezusa i zapalili od niego świece. Na zakończenie Mszy św. zostało ono przekazane na ręce metropolity warszawskiego.

Kapelan Chorągwi Stołecznej ZHP ks. Rafał Łaskawski w odczytanym przesłaniu zaznaczył, że wszystkie miejsca, które harcerze odwiedzą, niosąc Betlejemskie Światło Pokoju, doświadczą mocy płynącej z obecności Jezusa Chrystusa, który narodził się w Betlejem.

W homilii kard. Nycz zaznaczył, że tegoroczne przekazanie Światełka – podobnie jak w latach poprzednich – ma miejsce w warszawskiej archikatedrze pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. – Myślę, że harcerz, zuch, nie może być trzciną, która się chwieje na wietrze, ale tak jak Jan Chrzciciel musi jasno umieć mówić “tak” i “nie”. “Tak”, gdzie chodzi o dobro, piękno, prawdę, a “nie” – tam gdzie chodzi o grzech, gdzie chodzi o zło – mówił kard. Nycz. Jak podkreślił, harcerz nie może być człowiekiem ubranym w miękkie szaty, któremu wszyscy muszą służyć, nadskakiwać. – Ale musi być człowiekiem, który wymaga od siebie, człowiekiem jasnym i zdecydowanym – podkreślił.

– Kiedy pójdziecie, w tych najbliższych dniach przed świętami, z tym Światełkiem Betlejemskim, pewnie wiele razy – tak jak w tamtym roku – będziemy się spotykać w różnych urzędach, na tzw. opłatkach przedświątecznych. Chciałbym, żebyście właśnie tam, dla tych ludzi, którym przekażecie to Światło Betlejemskie, byli przykładem właśnie takich ludzi, którzy są zdecydowani, którzy są jak Jan Chrzciciel, i też chcą przygotować Panu Jezusowi drogę najpierw do swojego serca, a potem do serc innych ludzi – powiedział hierarcha.

Światło zostanie zaniesione do kościołów, urzędów, domów dziecka i szpitali. Jeszcze w niedzielę harcerze wyruszyli m.in. do zakładu dla osób niewidomych w podwarszawskich Laskach oraz Centrum Alzheimera na Mokotowie.

Idea przekazywania Betlejemskiego Światła Pokoju sięga 1986 r. Akcji od 1987 r. patronują austriaccy skauci, którzy przewożą do swojego kraju płomień z groty betlejemskiej – miejsca narodzin Chrystusa. W Wiedniu ma miejsce ekumeniczna uroczystość, podczas której płomień jest przekazywany mieszkańcom miasta i przedstawicielom organizacji skautowych z wielu krajów europejskich.

Związek Harcerstwa Polskiego organizuje Betlejemskie Światło Pokoju od 1991 r. Tradycją stało się, że ZHP otrzymuje Światło od słowackich skautów. Przekazanie Światła odbywa się naprzemiennie raz na Słowacji, raz w Polsce – w tym roku przypadła kolej na Polaków. Polska jest jednym z ogniw betlejemskiej sztafety. Harcerki i harcerze przekazują Światło dalej na wschód: do Rosji, Litwy, Ukrainy i Białorusi, na zachód do Niemiec, a także na północ – do Szwecji.

“Gość Warszawski”

Podziel się

 

 

 

 

 

 

WIGILLIE WIĘZIENNE KARD WYSZYNSKIEGO PRYMASA TYSIACLECIA

Więzienne wigilie Prymasa Wyszyńskiego

Paweł Pawlaczyk

W polskiej religijności i tradycji wigilia zajmuje wyjątkowe miejsce. Polacy zawsze i wszędzie, nawet w więzieniu czy na zesłaniu, gromadzili się i gromadzą, aby wspólnie świętować narodziny Zbawiciela Świata. W biografii Sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego, Prymasa Polski, były wigilie okupacyjne i te celebrowane w rodzinnym domu, jednak najbardziej niezwykłe były trzy spędzone...

W polskiej religijności i tradycji wigilia zajmuje wyjątkowe miejsce. Polacy zawsze i wszędzie, nawet w więzieniu czy na zesłaniu, gromadzili się i gromadzą, aby wspólnie świętować narodziny Zbawiciela Świata.



W biografii Sługi Bożego Stefana kard. Wyszyńskiego, Prymasa Polski, były wigilie okupacyjne i te celebrowane w rodzinnym domu, jednak najbardziej niezwykłe były trzy spędzone w komunistycznym więzieniu, po aresztowaniu w nocy z 25 na 26 września 1953 roku.
 

Stoczek Warmiński



Pierwszą więzienną wigilię spędził prymas Wyszyński w Stoczku Warmińskim, do którego został przywieziony 12 października 1953 r. z klasztoru w Rywałdzie Szlacheckim - swojego pierwszego więzienia. Ten wyjątkowy wieczór spędził w towarzystwie więźniów: ks. Stanisława Skorodeckiego oraz siostry Marii Leonii Graczyk ze Zgromadzenia Sióstr Rodziny Maryi. Zamieniony na więzienie pusty klasztor, w którym przeżywano wigilię, był naszpikowany aparaturą podsłuchową. Według relacji ppłka Józefa Światły z MBP, drzwi połączono z systemem alarmowym, a na podłodze i w połowie wysokości ścian zainstalowano mikrofony podsłuchowe, aby śledzić każdy krok i słyszeć nawet szept uwięzionego Prymasa.
Warunki bytowe były tragiczne. Grube na 1,5 m. mury wionęły chłodem, system grzewczy nie działał, na ścianach cieknąca woda zamieniała się często w skorupę lodu. W łazience zardzewiała wanna nie nadawała się do użytku, a z kranu ciekła lodowata woda. Prymas, wspominając zimę, zapisał 9 kwietnia 1954 r.: "Nóg nie mogłem rozgrzać nawet w ciągu nocy. Ręce mi popuchły. Podobnie oczy mi zapuchły. Odczuwałem wielki ból w okolicy nerek i całej jamie brzusznej. Każdego dnia przechodziłem bóle głowy".
A jednak w tym zimnym klasztorze otoczonym przez dziesiątki funkcjonariuszy UB miał się tej nocy narodzić Chrystus. Gorączkowe przygotowania do uroczystej, choć ubogiej, wieczerzy trwały od rana. Do południa, gdy prymas Wyszyński zgodnie z ustalonym przez siebie rozkładem dnia pracował przy stole, ks. Skorodecki przygotował żłóbek w prowizorycznej kaplicy. Martwił się jednak, bo brakowało figurki dzieciątka. I oto, o godz. dwunastej, pojawił się komendant i przyniósł paczkę od Marii Okońskiej, zawierającą żłóbek. Szczęśliwy Prymas zanotował: "Miałem dziwne przeczucie, że Dzieciątko Boże trafi do nas jakąś drogą. Trafiło! I radość, i wdzięczność za tę delikatną pociechę". Wieczorem o godzinie dziewiętnastej cała trójka zasiadła do skromnej wieczerzy wigilijnej. Były życzenia i świadomość, że rodzi się Zbawiciel Świata, i ani chłód, ani obecność strażników nie mogły przyćmić radości i nadziei.
 

Prudnik Śląski



Kolejną więzienną wigilię spędził Prymas Wyszyński w opustoszałym klasztorze oo. Franciszkanów k. Prudnika Śląskiego, dokąd wraz z towarzyszami niedoli został przewieziony samolotem 6 października 1954 roku. Warunki pobytu były tu lepsze niż w Stoczku. Uwięziony kardynał dysponował dwoma pokojami: sypialnią, wyposażoną w łóżko zbite z surowych desek, stół, dwa krzesła i klęcznik oraz pracownią, w której stał stół, szafa i dwa krzesła. Więźniowie mieli do dyspozycji kaplicę i zarośnięty chwastami ogród. W budynku były sprawne pompy głębinowe i kaloryfery.
W przededniu wigilii Prymas otrzymał list od ojca, siostry i brata oraz opłatki z domu wraz z kartonem świątecznych darów. W wigilię komendant przyniósł zamówione dwa miesiące wcześniej książki, a wśród nich "Quo vadis" Sienkiewicza, pisma Ojców Kościoła i dzieła św. Jana od Krzyża. Wieczorem więźniowie przełamali się opłatkiem oraz posłali go do gospodyni. Nie zdecydowali się na ten krok w stosunku do strażników z obawy o ich reakcję. Następnie wszyscy zasiedli do wigilijnej kolacji. Atmosferę świąteczną podkreślała choinka przybrana przez ks. Skorodeckiego. Następnego dnia siostra Leonia zapisała: "Spoglądając na Prymasa w tych dwóch dniach, porównałam ten obraz z jego zachowaniem w roku ubiegłym. (...) Ma się wrażenie, jakby przywykł. (...) Wyczuwa się i odnosi wrażenie, jakby chciał powiedzieć: trudno, tak musi być".
Po wieczerzy i rozmowach, o godzinie dwudziestej trzeciej rozpoczęto Jutrznię. O godzinie dwudziestej czwartej Prymas odprawił Mszę św. a potem jeszcze dwie ciche. Liturgię ubogacili śpiewem s. Leonia i ks. Skorodecki. Po odprawieniu Eucharystii, jeszcze przez pół godziny, Prymas modlił się wraz ze swoim otoczeniem za Kościół, rodziny, a na końcu za strażników. Ks. Skorodecki wspominał: "Ksiądz prymas nigdy o nikim nie powiedział złego słowa. Chociaż doznawał wielu krzywd".
O drugiej trzydzieści klasztor-więzienie pogrążył się w ciemności. Prymas w swoim dzienniku zanotował: "Najskuteczniejszą drogą do zwalczenia w sobie smutku jest wspomnienie na mądrość, dobroć, miłość i doskonałość Boga, którego wszystkie dzieła są doskonałe. - A więc i te, które mnie dotyczą. W każdym czynie Boga jest tylko mądrość, tylko dobroć, tylko miłość. Może nie rozumiem ich do końca, może myślę zaledwie promykami świateł. Ale pełna światłość objawia się, gdy rozumiem sens działania Bożego".
 

Komańcza



Ostatnią więzienną wigilię spędził Prymas Wyszyński w klasztorze ss. Nazaretanek w Komańczy, do którego został przywieziony samochodem 29 października 1955 roku. Zdrowy górski klimat, możliwość obcowanie z czystą beskidzką przyrodą, troskliwa opieka sióstr, łagodniejszy nadzór i możliwość przyjmowania gości sprawiały, że więziony kardynał nazwał kiedyś klasztor "Złotą klatką". Miał tu do dyspozycji własny, skromnie umeblowany pokój oraz stały dostęp do prasy.
W wigilię 1955 r. do Komańczy dotarł ks. Władysław Padacz, kapelan Prymasa Polski, i poinformował kard. Wyszyńskiego o modlitwach narodu w intencji jego uwolnienia. Wieczerzę wigilijną Sługa Boży spożył w towarzystwie ks. Stanisława Porębskiego, miejscowego proboszcza, ks. Padacza oraz sióstr nazaretanek. O szacunku, jakim Prymas Tysiąclecia darzył goszczące go zakonnice świadczy relacja s. Edyty: "Gdy wchodziłam do jego pokoju, żeby zanieść mu szklankę mleka lub napalić w piecu, a on akurat coś pisał przy stoliku, zawsze wstawał. Na kapuścianym liściu potrafił też przynieść kilka upieczonych ziemniaków dla siostry, która usługiwała mu w jadalni. Infirmerce w czasie spaceru zbierał dziurawiec i inne zioła. Siostrom z pralni przesyłał owoce, a chorym słodycze i pozdrowienia. W czasie sianokosów i żniw zachodził do koszących z błogosławieństwem".
Po spożyciu wigilijnej wieczerzy wszyscy biesiadnicy śpiewali kolędy. A o dwudziestej czwartej, po raz pierwszy od trzech lat, Prymas uczestniczył w publicznej pasterce z udziałem mieszkańców okolicznych wsi. Po Eucharystii życzeniom nie było końca. W tym samym czasie do rezydencji przy ul. Miodowej napływały z całego świata życzenia jak najszybszego powrotu do stolic arcybiskupich.
Tak upłynęła ostatnia więzienna wigilia. Następną Prymas Wyszyński spędził już na wolności, razem z klerykami i profesorami w Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie. W wydanej w 1956 r. odezwie okazji Świąt Bożego Narodzenia pisał: "Bodajże w żadną inną noc ziemia ojczysta nie zaludnia się tak swoimi dziećmi, jak właśnie w noc wigilijną. Wszystkie duchy polskie stają dziś w ojczystym Betlejem, by kolędować małemu Jezusowi Chrystusowi, "dziś do nas zesłanemu

SŁOWA PAP. FRANCISZKA

Papież: w świecie broni i przemocy szopka jest obrazem pokoju

środa, 18 grudnia 2019, 

Podczas ostatniej przed Bożym Narodzeniem audiencji generalnej papież Franciszek mówił zgromadzonym w watykańskiej Auli Pawła VI kilku tysiącom wiernych o symbolice bożonarodzeniowej szopki.

Fot. PAP/EPA/ALESSANDRO DI MEO

W tych dniach bieganiny w związku z przygotowaniami do Świąt możemy zadać sobie pytanie: "Jak ja przygotowuję się do narodzin tego, którego się świętuje?"

- zagaił papież środowe spotkanie z wiernymi. I wskazał, że "prostym, ale skutecznym sposobem przygotowań jest budowa szopki".

Ja też w tym roku podążyłem tą drogą. Pojechałem do Greccio, gdzie święty Franciszek zbudował pierwszy żłóbek razem z tamtejszymi mieszkańcami. Napisałem też list apostolski, by przypomnieć znaczenie tej tradycji

- dodał papież przywołując swój dokument, jaki podpisał 1 grudnia w tym miasteczku w regionie Lacjum.

Franciszek zaznaczył, że "żłóbek jest jak żywa Ewangelia. Przynosi Ewangelię do miejsc, w których się żyje; do domów, do szkół, do miejsc pracy i wypoczynku, do szpitali i domów opieki, do więzień i na place".

Budowę szopki papież nazwał "świętowaniem bliskości Boga".

Szopka oferuje inne nauczanie na temat życia. W tym gorączkowym czasem rytmie życia jest zaproszeniem do kontemplacji, przypomina nam o konieczności tego, by się zatrzymać

- powiedział. Stwierdził także, że "żłóbek - własnoręcznie wykonany obraz pokoju - jest dziś bardziej aktualny niż kiedykolwiek, gdy każdego dnia produkuje się na świecie tak dużo broni i tyle obrazów przemocy, zakradających się do oczu i serca". I zachęcil wszystkich do budowania szopek we własnych domach.

Zwracając się z kolei do Polaków Franciszek powiedział:

Za kilka dni Święta Bożego Narodzenia. Radujmy się obecnością Boga w osobie Dziecięcia, narodzonego w Betlejem z Maryi Dziewicy. Niech Dzieciątko Jezus będzie światłem na drogach waszego życia, pokojem i mocą, która wiedzie nas do zwycięstwa dobra nad złem.

Następnie papież złożył wszystkim życzenia "błogosławionych Świąt" i podzekował tym, którzy w tych dniach modlili sie za niego oraz z wielu stron świata przysłali mu życzenia mu z okazji urodzin i 50-lecia kapłaństwa.

Pliki do pobrania

Kosciół wobec patriotyzmu i nacjonalizmu...

Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Święta Woda w BiałymstokuROMEK KOSZOWSKI /FOTO GOŚĆ

Kościół wobec patriotyzmu i nacjonalizmu

Kościół popiera i promuje patriotyzm rozumiany jako miłość i szacunek dla ojczyzny. Jednak krytycznie postrzega nacjonalizm, a szczególnie skrajne jego formy, gdyż na szczycie hierarchii wartości stawiają one naród, co prowadzić może do swego rodzaju bałwochwalstwa. Refleksja na ten temat trwa w Kościele już ponad 100 lat.

MARCIN PRZECISZEWSKI

KAI

Ostatnio opublikowane zostało - pierwsze na polskim rynku - kompendium nauczania Kościoła o patriotyzmie i nacjonalizmie, pt. „Naród. Ojczyzna. Patriotyzm”, opracowane przez zespół ekspertów skupionych wokół Katedry Katolickiej Nauki Społecznej i Socjologii Religii Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu pod przewodnictwem ks. dr hab. Grzegorza Sokołowskiego. Wydawcą jest Fundacja Obserwatorium Społeczne i Wydawnictwo TUM. Kompendium zawiera zbiór najważniejszych wypowiedzi Magisterium Kościoła i polskiego Episkopatu na ten temat.

Kościół a nacjonalizm

Pojęcie nacjonalizmu jest wynalazkiem dopiero XIX wieku. Poczynając od średniowiecza, przez kilkaset lat Europa nie znała pojęcia narodu we współczesnym znaczeniu. W Europie można było natomiast wyróżnić różne, ponadnarodowe kręgi kulturowe i językowe: iberyjski, romański, germański, węgierski, ruski czy polski. Ten ostatni tworzyła wieloetniczna Rzeczpospolita Obojga Narodów, w której dominującym i scalającymi elementami była kultura i język polski. Wówczas tworzyło się pojęcie patriotyzmu jako związku z własną ojczyzną (patria). Takie rozumienie miłości lokalnej ojczyzny popierał w swych pismach m. in. św. Tomasz z Akwinu.

Natomiast początki myślenia Europejczyków w kategoriach narodowych przypadają na epokę romantyzmu. Było to emocjonalne przywiązanie do własnego ludu, jego kultury i spuścizny duchowej. Propagowało go wielu pisarzy i poetów tego okresu, z polskimi wieszczami narodowymi na czele. Natomiast pojęcie „nacjonalizmu” powstaje w drugiej połowie XIX, a oznacza zazwyczaj egoistycznie rozumiany "interes narodowy", w opozycji do innych narodów. Jego filozoficzną podbudowę stwarzał ówczesny darwinizm społeczny, charakteryzujący się pojmowaniem życia społecznego w kategoriach walki jako motoru rozwoju historycznego.

Nic dziwnego, że takie pojmowanie miłości ojczyzny spotkać się musiało z krytyką Kościoła. Leon XIII, wielki papież społecznik, w encyklice „Sapientae Christianae. O obowiązkach chrześcijan jako obywateli” z 1890 r., potwierdzał potrzebę miłości ojczyzny ze strony każdego obywatela aż do gotowości oddania życia, ale podkreślał, że musi być to miłość wolna od nienawiści. Stawiał ją na równi i z miłością do Kościoła, jako ośrodka wyznaczającego zasadniczy katalog wartości życia społecznego.

Jego następca Pius X w liście apostolskim z 11 kwietnia 1909 r. wyjaśniał podobnie, że „Patriotyzm nie jest nienawiścią do innych narodów, lecz miłością, która zapewnia w naszym sercu pierwsze miejsce naszemu krajowi i naszym rodakom”

/Bardzo ciekawe rozważanie z internetu/ Mam już prawi..... szukam "drogocennej perły" Jak ją znaleźć ?CZYTANIA Z DNIA 11.12/ Z BIBLII AUDIO

Poszukiwacz pereł   Żniwo Wielkie  3 lata temu

Jedną z moich ulubionych zabaw w dzieciństwie była zabawa w przebieranie. Reguły nie były zbyt trudne. Trzeba było tylko dysponować czasem, a dziecko ma go wiele, nastrojem, a zawsze mamy jakiś, i oczywiście garderobą mamy. Ze wzruszeniem wracam pamięcią do tych nasyconych marzeniami chwil, spędzonych w prawdziwie bajkowym królestwie szaf, luster, toaletek i szkatułek. To było fascynujące! Szaleństwo wśród różnorodnych tkanin, od szlachetnych jedwabi i muślinów po zwykły len i bawełnę, za dużych i koniecznie „stukających” butów na obcasie, szali, kapeluszy, rękawiczek i oczywiście biżuterii.

Uwielbiałam, zawsze z tym samym zachwytem i oczekiwaniem, otwierać kolejne szkatułki i z zapałam zaglądać do malutkich, wyłożonych aksamitem szufladek i przegródek kryjących prawdziwe skarby. Do dziś czuję dotyk i zapach drewnianych i metalowych skrzyneczek misternie, inkrustowanych złotem czy masą perłową. I do dziś pamiętam dźwięk pozytywki dobywający się ze szkatułki z piękną, tańczącą baletnicą. Ta szkatułka była wyjątkowa. Jej nieocenioną wartością była zawartość. Skrywała w sobie sznur przepięknych, delikatnych i lśniących pereł. Były cudowne! Niby identyczne, tworzące spójną całość, a jednak, po wnikliwszym przyjrzeniu się w promieniach światła, każda okazywała się być niepowtarzalna, jedyna, błyszcząca swoistym blaskiem. To wszystko było przeniknięte wyjątkowością i tajemnicą…

Cała ta zabawa była jak rytuał. Za każdym razem to była fascynująca podróż w wyobraźni, w wymarzony i niezwykle pociągający świat kobiecości. To był czas zadawania fundamentalnych (choć wtedy nie uświadomionych jako takie) pytań o to: Kim będę? Jaką będę kobietą? Do kogo będę podobna? Jaki strój wyrazi moją tożsamość?

Będąc małą dziewczynka, buszująca z pasją, po olbrzymiej, jak mi się wtedy wydawało, garderobie, mogłam być tym, kim tylko chciałam. W zależności od dnia, humoru, upodobań. Ile nastrojów, tyle form ich wyrazu. Poprzez strój, buty, fryzurę, dodatki. I tak w przeciągu chwili z kopciuszka stawałam się księżniczką, z dziewczynki w różowej, falbaniastej spódniczce bizneswoman w eleganckim garniturze, z szalonej nastolatki egzotyczną podróżniczką wybierającą się na safari itd. Możliwości były nieograniczone, energie niespożyte, a wyobraźnia wręcz niepowstrzymana. To była uczta, święto, bajka. To był krok w przyszłość, zazdrośnie strzegącą tajemnicę dojrzałej kobiecości.

KRÓLESTWO NIEBIESKIE

Minęły lata. Z rozmarzonej, małej kobietki stałam się dorosłą, marzącą kobietą. Po wielu przymiarkach znalazłam odpowiednią, szytą na miarę suknię, wyrażającą jednoznacznie nie tylko moją tożsamość, ale i przynależność. Znalazłam i dopiero wtedy naprawdę zaczęłam poszukiwać już nie królestwa szaf, ale dróg zorientowanych na Królestwo niebieskie. Chciałam wiedzieć gdzie ono jest. Z zapałem studiowałam przewodniki turystyczne i mapy, sprawdzałam kompasy i testowałam wciąż nowe trasy. Myślałam, że może oto tu jest albo oto tam… Nie przydała się siatka geograficzna, szwajcarski zegarek, rozchodzone buty… Okazało się, że czasoprzestrzeń nie wyznacza granic Królestwa.

Moje dziecinne królestwo garderoby, mentalnie wybiegało daleko w przyszłość, w świat wyobrażeń o tym: kim będę i jaka będę. Sięgało archetypu kobiecości i nieustannej potrzeby jej wyrażania i realizacji. Królestwo niebieskie zdecydowanie przekracza granice czasu i przestrzeni. W nieustannie dokonującym się teraz, zanurzonym w odwiecznym planie i zaprojektowanym na wieczność, łamie wszelkie schematy i przewyższa wyobrażenia. Jest wśród nas. I pośród nas. Wewnątrz nas samych i pomiędzy nami. Jest w tajemnicy i cudzie nieprzerwanej relacji: z Bogiem, sobą i innymi. Relacji zaplanowanej przed wiekami i zorientowanej na wieczność. To relacja niepowtarzalna, jedyna, moja. Moja z Nim. Moja ze mną. Moja z Tobą. Nieustanny cud bycia i stawania się .

POSZUKIWACZ DROGOCENNYCH PEREŁ SIOSTRY WIZYTKI

Nurtowała mnie potrzeba jakiegoś dookreślenia, nazwania, porównania. Z pomocą, jak zawsze, przyszło Słowo w którym czytamy: Królestwo niebieskie podobne jest do: „człowieka który posiał dobre nasienie na swojej roli”; „do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy”; „do króla, który wyprawił ucztę weselną swojemu synowi”; „do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego”; „do kupca, poszukującego pięknych pereł”… To nie czas i miejsce. To życie. Królestwo niebieskie podobne jest do: człowieka, gospodarza, króla, dziesięciu panien, kupca. Niezwykle odkrywcze! Zawsze chodzi o człowieka! W sposób szczególny zaintrygowało mnie to porównanie Królestwa do mężczyzny poszukującego pięknych pereł…

Kim on jest? Ten tajemniczy znawca piękna, wytrwały poławiacz, który potrafi nie tylko przypadkowo szukać, ale wytrwale poszukiwać. Jak koneser dzieła sztuki, bibliofil białego kruka, degustator wina, spragniony wody…

W tym poszukiwaniu czuć dynamikę, nie tylko działań, ale też przeżyć i emocji. Wyczuwamy tu napięcie, oscylujące pomiędzy pragnieniem a spełnieniem, nadzieją a ulgą, ryzykiem zainwestowania wszystkiego a radością posiadania, posiadaniem a lękiem przed utratą. Wyczuwamy też ogromną, wręcz wzruszającą troskę. Troskę o drogocenną wartość dla zdobycia której sprzedał wszystko co miał. I kupił ją… Kupił, aby nie uległa zniszczeniu, nie zginęła, aby lśniła znakomitym blaskiem.

Poszukiwacz pereł to mój Chrystus. Ten, który z miłości do Ojca i człowieka przyszedł na świat. Przyjął życie ze wszystkim, co ono z sobą niesie. Stał się mężczyzną. Przejął inicjatywę i został niestrudzonym poszukiwaczem pereł. I znalazł ją. Swym kochającym wzrokiem wypatrzył tę jedyną nanizaną na sznur pięknych pereł. I co zaskakujące, dla Niego każda jest unikatowa, bezcenna, zachwycającą swym niepowtarzalnym istnieniem. Kobieta jest piękna kiedy kocha, a im bardziej kocha tym jest piękniejsza. Jezus w mistrzowski sposób umie to piękno wydobyć i się nim zachwycić.

Ale nie poprzestaje na samym zachwycie. On ciągle idzie. Gdy z miłości ją znalazł, z tego samego powodu poszedł, „sprzedał wszystko co miał” i kupił drogocenną perłę. Poszedł drogą krzyżową, wydał swoje boskie życie, aby odkupić ją za cenę swej krwi. Odkupił, żeby ona mogła żyć i zalśnić blaskiem Jego miłości. Sprzedał wszystko co miał, aby dać jej zbawienie. Za darmo… Bóg umarł z miłości… Jak jeszcze może przekonać o swej nieskończonej miłości?

Warto być małą, poszukującą dziewczynką. Warto być szukającą kobietą. Przymierzać stroje. Szukać dróg realizacji swojego człowieczeństwa i kobiecości czy męskości. Warto tworzyć Królestwo. Budować piękne relacje i o nie dbać, bo jak zostaliśmy zapewnieni, miłość pozostanie. Warto kochać i z tej miłości służyć innym. Warto żyć pełnią, starać się, szukać, tworzyć… Warto!

Ale najbardziej warto dać się odnaleźć Poszukiwaczowi Pereł. Dać się ukochać i pozwolić sobie usłużyć. Oddać się całkowicie w kochające ręce Chrystusa i odnaleźć siebie wyrytą na Jego pokrwawionych dłoniach. Być jak perła w dłoni Wiernego Poławiacza. Bezcenna, krucha, ukochana, lśniąca blaskiem Jego nieskończonego życia…

Jestem perłą.

Jesteś drogocenną perłą.

Wierzysz w to ?....

ODKRYJ SWOJE POWOŁANIE

DROGOCENNA PERŁA

Drogocenna perła

Z powołaniem człowieka jest tak jak z historią ewangelicznego „kupca, poszukującego pięknych pereł”, który „gdy znalazł jedną, drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją”. Wszystko stracił, by zyskać jeszcze więcej. Wcześniejsze plany, marzenia zostały przekreślone, gdyż „perła” dała mu pełnię szczęścia. Podobnie było ze mną. Kiedy po skończonych studiach oświadczyłam rodzinie i znajomym, że zamierzam wstąpić do klasztoru, dostrzegłam na ich twarzach zdziwienie, niedowierzanie, a nawet drwinę: „Czy z tobą jest wszystko w porządku? Po co kończyć artystyczną uczelnię, aby za chwilę zamknąć się za murami klauzurowego klasztoru?”.

Tymczasem powołanie „kiełkuje” znacznie dłużej niż się to wydaje. Pierwsza myśl o życiu zakonnym zrodziła się już w czasie studiów. Wcześniej, podobnie jak wiele moich rówieśnic, myślałam o założeniu rodziny. Jednak w moje plany wkroczył Jezus i zaproponował świat i ludzi nieco innych, niż dotąd znałam. Zachwyciła mnie „drogocenna perła”, którą okazał się sam Chrystus, kuszący swoją miłością. Od tej pory wszelka miłość ludzka wydała mi się niewspółmierna z miłością Bożą. Zrozumiałam też słowa św. Franciszka z Asyżu, że „Miłość nie jest kochana” i moje małe serce zapragnęło choć trochę zmienić ten stan rzeczy.

Życie kontemplacyjne stwarzało ku temu wyśmienite warunki. Chciałam od rana do nocy myśleć o moim Umiłowanym i z Nim rozmawiać. Dopiero gdy znalazłam się w murach klasztoru, zrozumiałam, że Bóg pragnie, abym nie tylko Jemu okazywała swą miłość, ale także hojnie dzieliła się nią z moimi współsiostrami, rodziną, osobami świeckimi. Dopiero wtedy stanie się ona podobna do Bożej miłości, która wciąż obficie wylewa się z Jezusowego Serca. Założyciel Zakonu Sióstr Wizytek, św. Franciszek Salezy lubił powtarzać swoim duchowym córkom znamienne zdanie: „Trzeba kwitnąć tam, gdzie Bóg nas zasadził”. To stwierdzenie pozwala znaleźć się w różnych sytuacjach życiowych, które przecież zostały zapisane w Bożych planach.

A skoro wybieramy Boga, to i On nam towarzyszy przez całe życie – w słodyczy okresu początkowego, w codziennym uświęcaniu się przez życie wspólnotowe, w „ciemnych nocach wiary” i czułych „pocałunkach” chorób i doświadczeń. Wszystko to jest dla nas dobre, gdyż pochodzi z miłującego Serca Boga. On chce, abyśmy coraz bardziej upodabniali się do Niego w pokorze, prostocie, łagodności i miłości; bowiem Jego jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie dla tych, którzy prawdziwie miłują. Inaczej wszystko staje się trudne i uciążliwe. Po ponad 20 latach wspólnej drogi z Chrystusem mogę powiedzieć, że warto sprzedać wszystko i kupić „drogocenną perłę” jako zadatek szczęścia nie tylko ziemskiego, ale przede wszystkim wiecznego.

Pliki do pobrania