Iza Paszkowska, polonistka, matka 4 dzieci

Religijne wychowanie

Córeczka ma dwa miesiące, ale problemy mam raczej ze starszym synem. Zawsze marzyłam o religijnym wychowaniu dziecka, ale nie bardzo sobie radzę. Syn bywa impulsywny, podczas zabawy potrafi uderzyć, uszczypnąć. Martwi mnie, że mimo swoich 4 lat nie potrafi wysiedzieć spokojnie w kościele, chociaż wcześniej zapewnia, że da radę. Chętnie bym go posłała od września na lekcje religii. Mama

IZABELA PASZKOWSKA

GN 26/2011

Wychowanie religijne powinno być oparte na przykładzie. Dziecko świetnie wyczuwa, jak ważny jest Bóg w ich rodzinie. Jeśli syn widzi modlących się rodziców, jeśli w codziennym zabieganiu Pani wiele razy będzie w łączności z Bogiem, jeśli często będziecie wchodzili do kościoła na krótką chociaż chwilkę, jeśli niedzielna Msza będzie punktem centralnym, to może być Pani spokojna. Obecnie na rynku jest taka ilość dobrze opracowanych książeczek do nauki religii dla różnych grup wiekowych, że wystarczy wejść do księgarni lub na stronę internetową. Ponieważ małe dzieci uwielbiają zabawę w szkołę, więc polecam lekcje religii prowadzone przez Panią, na przykład kilka razy w tygodniu, choćby przez 15 minut.

Panuje teraz dziwne przekonanie, że wszystko mają załatwiać fachowcy. Dlatego już niemowlęta oddaje się chętnie w ich ręce. Tymczasem to rodzice powinni być pierwszymi opowiadającymi o Jezusie i o Bogu. Korzyści obustronne, bo ucząc małego człowieka, nagle sami uświadamiamy sobie wiele spraw. Są świetne wydania Biblii dla najmłodszych. Wspólne czytanie kolejnych rozdziałów może być dobrym zakończeniem każdego dnia. Sama się Pani zdziwi, jak bardzo te historie mogą być potem pomocne w najróżniejszych sytuacjach, także w zachowaniu w kościele. Na przykład mały Samuel, który pełnił wiele funkcji w świątyni. Tymczasem nasz 4-latek ma cicho i spokojnie siedzieć, chociaż mało rozumie i widzi najwyżej plecy dorosłych.

Należy zacząć od tego, czy wybieracie dobre miejsce. Przypomina mi się pewien 4-latek, prawdziwa iskra, który podczas chrztu kuzyna służył wraz z ojcem do Mszy. Stał jak struna, naśladując tatę, wpatrzony czujnie w ołtarz i w kapłana. Czuł, że bierze udział w bardzo ważnym wydarzeniu. Nie należy podkreślać spokojnego siedzenia jako priorytetu, ale kierować uwagę dziecka na tajemnice, w których może uczestniczyć, opowiadać z entuzjazmem, że na Mszę jesteśmy zaproszeni i dostajemy tam niezwykłe prezenty.

Jeśli zaś chodzi o impulsywność syna, to bardzo możliwe, że podczas zabawy ma w sobie tyle emocji, że musi je z siebie wyrzucić. Więc może to nie zła wola, tylko nieumiejętność rozładowania emocji

II

Będziemy mieć nową świętą rodzinę. Syn Karol już został wyniesiony na ołtarze. Niebawem rozpocznie się proces beatyfikacyjny jego rodziców: Emilii z domu Kaczorowskiej i Karola Wojtyły.

Ze zdjęciem, na którym matka przytula go jako niemowlaka, Jan Paweł II nigdy się nie rozstawał. Nie mówił jednak o niej wiele. Zmarła, kiedy Karol miał 9 lat. O ojcu wspominał często, nawet kilka dni przed swoją śmiercią. Do 20. roku życia zastępował mu oboje rodziców. „Ciężar tych złotych obrączek/ (…) to nie ciężar metalu,/ ale ciężar właściwy człowieka” – mówi bohater dramatu „Przed sklepem jubilera”. Nie wiem, czy zachowały się obrączki rodziców, ale kiedy to pisał, musiał pamiętać, jak błyszczą na ich dłoniach. Wymienili się nimi w Krakowie 10 lutego 1906 roku. On uczył się od rodziców, że: „Po drugiej stronie tych wszystkich miłości, które wypełniają nam życie – jest Miłość” („Przed sklepem jubilera”).

Tu się zaczęło

W Wadowicach z okien wynajmowanego przez małżeństwo Wojtyłów mieszkania w domu Chaima Bałamuta widać było zegar słoneczny na kościele ozdobiony sentencją „Czas ucieka, wieczność czeka”. To przypomnienie sprawiało, że proste domowe gesty nabierały niezwykłego znaczenia. Może dlatego po śmierci żony ojciec Lolka zdecydował, że salon, w którym zmarła, pozostanie na zawsze zamknięty. On, zawodowy wojskowy, który walczył na wojnie, nie był w stanie powiadomić o odejściu matki syna będącego wtedy w szkole. Poprosił o to jego nauczycielkę. W rocznicę śmierci Emilii zabrał Lolka do Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie zwykli pielgrzymować. Młodszy od przyszłego papieża Jan Kuś zapamiętał, że spotkał ich w tamtym czasie w parafialnym kościele. „Zobaczyłem starszego pana, nieco pochylonego, z siwą jak gołąbek brodą, prowadzącego za rękę mojego kolegę”.

Ojciec Karola zaraz po pogrzebie przeniósł się do znajdującego się między salonem a kuchnią pokoju syna. Obok jego wąskiego łóżka ustawił swoje i spał przy nim przez dziewięć lat, dopóki obaj w 1938 r. nie przeprowadzili się do Krakowa. Syn wiedział, o czym pisze, kiedy jako papież w „Liście do rodzin” zwracał uwagę, że „rodzina sama jest wielką Bożą tajemnicą”. Tajemnicą było ciche i wierne okazywanie mu miłości przez ojca. Może dlatego w 1939 r. przyszły papież mógł przyznać w wierszu, że kiedy stoi nad grobem matki, panuje w nim wewnętrzny pokój: „Nad Twoją białą mogiłą,/ od lat zamkniętą/ cisza jasna promienieje/ jakby w górę coś wznosiło/ jakby krzepiło nadzieję”. W testamencie zanotował: „W miarę jak zbliża się kres mego ziemskiego życia, wracam pamięcią do jego początku, do moich Rodziców”. Bo przecież „tu, w tym mieście, w Wadowicach wszystko się zaczęto” – mówił dużo wcześniej, 16 czerwca 1999 r., zdradzając najprostszą prawdę o sobie – człowieku, który został papieżem.

Piękna w kapeluszu

„Matkę straciłem jeszcze przed I Komunią św., w wieku 9 lat i dlatego mniej ją pamiętam i mniej jestem świadom jej wkładu w moje wychowanie religijne, a był on z pewnością bardzo duży” – napisał Jan Paweł II w „Darze i Tajemnicy”. Marta Burghardt w „Wadowickich korzeniach” stawia tezę, że od matki papież nauczył się cierpienia. André Frossard w „Portrecie Jana Pawła II” potwierdza: „Swoją matkę znał właściwie wyłącznie jako osobę chorą. (...) Jego wspomnienia o matce są dosyć mgliste; pamięta jednak, że było mu przykro, kiedy raz pojechała do Krakowa bez niego, pewnie po poradę lekarską”.

Emilia przyszła na świat jako piąta z ośmiorga rodzeństwa 26 marca 1884 r. w Krakowie, w mieszczańskiej, rzemieślniczej rodzinie Feliksa Kaczorowskiego, z zawodu siodlarza, i Anny Marii Scholtz, gospodyni domowej. Milena Kindziuk w książce „Matka Papieża” pisze, że w niosących najwięcej informacji na jej temat „Spisach ludności miasta Krakowa” widnieje adnotacja: „język towarzyski” – niemiecki i polski. Oznacza to, że rodzice i dzieci biegle posługiwali się dwoma językami, co nie było takie powszechne. Emilia ukończyła przyklasztorną żeńską szkołę prowadzoną przez Siostry Miłości Bożej. M. Kindziuk, analizując na zdjęciach stroje Emilii, twierdzi, że w ówczesnej przeciętnej rodzinie dziewczęta nie miały tak pięknych fryzur, nakryć głowy, bucików i sukien: „Na jednej z ocalałych fotografii Emilia trzyma torebkę w ręku. Obok matki stoi kilkunastoletni syn Edmund. Ubrana w ciemną, długą, prawdopodobnie podróżną suknię, doskonale wpisuje się w styl epoki przełomu wieków: XIX i XX. (...) Taki strój mogła mieć w tamtych czasach Helena Modrzejewska”. Można sobie wyobrazić, jak zakochany był w swojej pięknej żonie Karol. „Miłość prawdziwa (…) to ta, w której mężczyzna wybiera kobietę, a kobieta mężczyznę nie tylko jako »partnera« życia seksualnego, ale jako osobę, której chce oddać życie” – napisał po latach ich syn w „Miłości i odpowiedzialności”, z pewnością odnosząc się do relacji między rodzicami.

Wojskowy

Emilia, lubiąca nosić kapelusze i suknie z falbanami, tak kochała męża, że pojechała nawet za nim na front. Karol początkowo zajmował się krawiectwem, ale od 1900 r. służył w armii cesarza Franciszka Józefa. Do końca życia był nazywany przez wadowiczan „kapitanem”. Kiedy się pobrali, mieszkał w Krakowie i pracował w kwatermistrzostwie. Do Wadowic małżonkowie przenieśli się prawdopodobnie w 1918 roku.

Karol senior urodził się 18 lipca 1879 r. w Lipniku koło Bielska w rodzinie Macieja i Anny Marii Przeczek. Ukończył szkołę podstawową i trzy klasy gimnazjalne. Z „Kalendarium z życia Karola Wojtyły” opracowanego przez ks. Adama Bonieckiego dowiadujemy się, że powołano go do stacjonującego w Wadowicach 56. Pułku Piechoty hr. Dauna. Po roku awansował na starszego szeregowca i został przeniesiony do Lwowa, gdzie pełnił służbę „nadzoru” w szkole kadetów piechoty. W 1904 r., jako dowódca plutonu, wrócił do macierzystego pułku w Wadowicach i otrzymał awans do stopnia podoficera rachunkowego. W archiwum wojskowym zachowały się zapiski, że „włada językiem polskim i niemieckim w mowie i w piśmie”, bardzo dobrze redaguje „koncepty”, że „ma czystopisy bardzo poprawne” i „szybko pisze na maszynie”. W 1908 r. w rubryce „cechy usposobienia i charakteru” zanotowano: „nadzwyczaj dobrze rozwinięty, prawego charakteru, poważny, dobrze ułożony, skromny, dbały o honor, z silnie rozwiniętym poczuciem obowiązku, bardzo dobroduszny (łagodny) i niezmordowany (pracowity)”.

Kiedy po 12 latach starał się o przeniesienie do cywilnej służby państwowej, wybuchła wojna. Po przełamaniu frontu przez Rosjan Kraków i Wadowice znalazły się w ogniu artyleryjskim. Za zasługi w walce Wojtyła otrzymał Żelazny Krzyż Zasługi z wieńcem. W 1915 r. mianowano go urzędnikiem-aspirantem ewidencji wojskowej; tym samym wszedł w skład korpusu oficerskiego. Wniosek o awans podkreśla m.in. „godne zachowanie Wojtyły w stosunkach pozasłużbowych”. Na podstawie „Roczników Oficerskich” wiadomo, że po odzyskaniu niepodległości był zawodowym porucznikiem zatrudnionym w kancelarii Powiatowej Komendy Uzupełnień w Wadowicach. Ze względu na stan zdrowia w 1927 r. przeszedł w stan spoczynku.

Traceni

„Moralna siła kobiety, jej duchowa moc, wiąże się ze świadomością, że Bóg w jakiś szczególny sposób zawierza jej człowieka” – zapisał w „Mulieris dignitatem” Jan Paweł II. Jego matka zajmowała się domem, dorabiała jako szwaczka, ale przede wszystkim, jakby czując moc tego zawierzenia, poświęciła się dzieciom. Pierwszy na świat przyszedł Edmund – w sierpniu 1906 r. W lipcu 1916 r. urodziła się córeczka, która zmarła po szesnastu godzinach walki z dusznościami. Przedtem matka zdążyła ją ochrzcić wodą. Miała trzydzieści sześć lat, kiedy jesienią 1919 r. znany w Wadowicach ginekolog położnik dr Jan Moskała potwierdził, że jest w ciąży, ale zagrożonej, a na dodatek niebezpiecznej dla jej życia. Zasugerował, że powinna pozbyć się dziecka. Nie posłuchała go i 18 maja 1920 r. około siedemnastej urodziła zdrowego syna. „Zwracam się do kobiet z naglącym wezwaniem: »Pojednajcie ludzi z życiem«” – jej syn w „Evangelium vitae” najlepiej ujął to, co zrobiła matka, decydując się na jego urodzenie. „Rodzenie jest kontynuacją stworzenia” – podkreślał w „Liście do rodzin”. Matka proroczo mówiła, że jeden z synów zostanie lekarzem, a drugi księdzem. Jak wspominał papież, to ona nauczyła go znaku krzyża i pierwszej modlitwy. Zaskoczył Edwarda Gerlicha – laboranta w Solvayu, przyznając, że u nich w domu matka i ojciec czytali dzieciom Pismo Święte. Edmund wybrał medycynę, jednak zaraził się od chorej szkarlatyną i zmarł 4 grudnia 1932 roku. Na biurku papieża leżał stetoskop ukochanego starszego o 14 lat brata.

Sąsiadka Wojtyłów Helena Szczepańska wspominała, że pewnego razu podczas rozmowy Emilia nachyliła się nad wózkiem z małym Lolkiem i powiedziała: „Będzie kiedyś wielkim człowiekiem”. „Wielkim osiągnięciem jest zawsze dostrzegać wartości, których inni nie dostrzegają, i afirmować je. Jeszcze większym jest wydobywanie w drugich wartości, które bez nas by przepadły” – napisał jej syn w liście do Teresy Heydel, świadomy, jaką siłę dostał od matki. Po urodzeniu Lolka Emilia zaczęła chorować. Jak wspominała sąsiadka Maria Janina Kaczorowa, już w roku 1927 martwiła się, że czuje się bezsilna: „Cierpiała na bezwład nóg. W Wadowicach ludzie mówili, że ma coś z kręgosłupem albo z wątrobą”. W słoneczne dni mąż, który przejął opiekę nad domowym gospodarstwem, wynosił ją na leżaku na balkon. Nie zachowały się ani jedna recepta, żaden zapis medyczny dotyczący choroby. Zmarła przy mężu 13 kwietnia 1929 roku. W świadectwie zgonu odnotowano: „zapalenie mięśnia sercowego i niewydolność nerek”. Miała 45 lat, jak jej matka. Może odziedziczyła po niej jakąś wadę serca?

Na kolanach

Kiedy Lolek przybiegł do domu, pocałował zmarłą w policzek. „Nie cierpieliście ani nie cierpicie na próżno: ból przynosi wam dojrzałość w duchu, oczyszcza wasze serca” – powiedział papież do chorych w Rzymie w 1979 roku.

Został z ojcem, który zajął się domem – robił zakupy, posiłki, sprzątał, prał. Odwiedzający ich widzieli, jak szyje, przerabia stare ubrania, ceruje skarpetki. Eugeniusz Mróz, kolega Lolka, opowiadał, że ojciec wpoił synowi zamiłowanie do sportu. Nieraz zastawał ich rozgrywających w domu mecz piłką szmacianką. Syna i jego kolegów pan Wojtyła uczył pływania kajakiem po Skawie, chodził z nimi w góry. Podarował Lolkowi pierwszą parę nart. Znajdował czas, żeby zapoznawać chłopców z historią Polski, uczył ich niemieckiego. Po latach okazało się, jak mocno na życie duchowe papieża wpłynął ten starszy, zajmujący się prozaicznymi zajęciami ojciec. Jan Paweł II lata dzieciństwa nazwał przecież „domowym seminarium”. „Nieraz zdarzało mi się budzić w nocy i wtedy zastawałem mego Ojca na kolanach, tak jak na kolanach widywałem go zawsze w kościele parafialnym” – napisał w „Darze i Tajemnicy”. „Widziałem, jak umiał od siebie wymagać, widziałem, jak klękał do modlitwy. To było najważniejsze w tych latach, które tak wiele znaczą w okresie dojrzewania młodego człowieka. Ojciec, który umiał sam od siebie wymagać, w pewnym sensie nie musiał wymagać od syna. Patrząc na niego, nauczyłem się, że trzeba sobie samemu stawiać wymagania” – zanotował A. Frossard w „Nie lękajcie się! Rozmowy z Janem Pawłem II”. Dlatego w 1987 r., jako Ojcu Świętemu, łatwiej było mu mobilizować polską młodzież słowami: „Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali”. Karol zachęcał Lolka do ministrantury. „Mój ojciec, spostrzegłszy moje niezdyscyplinowanie, powiedział: »Nie jesteś dobrym ministrantem. Nie modlisz się dosyć do Ducha Świętego«. I pokazał mi jakąś modlitwę. (…) Nie zapomniałem jej. Była to ważna lekcja duchowa, trwalsza i silniejsza niż wszystkie, jakie mogłem wyciągnąć w następstwie lektur czy nauczania, które odebrałem. Z jakim przekonaniem mówił do mnie Ojciec! Jeszcze dziś słyszę jego głos” (A. Frossard, „Portret Jana Pawła II”).

Razem z synem przeniósł się do Krakowa. Kiedy w lutym 1941 r. Karol wrócił z pracy w kamieniołomie, znalazł go martwego. Nie mógł sobie darować, że nie był przy jego śmierci. Tak naprawdę jednak ojciec towarzyszył mu do końca. Jak i matka, która także z nim była, choć rzadziej o niej wspominał.

W swojej ulubionej adhortacji „Familiaris consortio” papież przypomniał, że „przyszłość ludzkości idzie przez rodzinę”. On przyszedł do nas ze swojej świętej rodziny.•

III

Abp Gądecki: Potęguje się zmaganie światła z siłami ciemności

Członkowie Klubów Inteligencji Katolickiej z całej Polski przybyli w sobotę z doroczną pielgrzymką na Jasną Górę. W skierowanej do nich homilii przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki ocenił, że obecnie potęguje się „zmaganie światła z siłami ciemności”.

Nawiązując do treści odczytanej w sobotę Ewangelii arcybiskup wskazał, że pytanie, czy Chrystus – gdy powróci - znajdzie wiarę na Ziemi, „zwraca uwagę na to, że zmaganie światła z siłami ciemności będzie trwało aż do końca świata”.

„Wydaje się nam nawet, że to zmaganie obecnie się potęguje; daje ono o sobie znać w świecie polityki, kultury i mediów, wydaje się być nawet obecne we wnętrzu Kościoła. Wielu zdaje się tego kryzysu nie dostrzegać i uspokajają, że powinniśmy być optymistami. Czy jednak dramatyzm pytania Jezusowego nie powinien wybrzmieć z całą siłą właśnie dzisiaj?” – pytał w homilii metropolita poznański.

W tym kontekście abp Gądecki przywołał wypowiedziane w 1970 r. słowa późniejszego papieża Josepha Ratzingera, który już wówczas ostrzegał, że „stopniowo znika oblicze Boga; śmierć Boga jest całkowicie realnym procesem, który przenika dzisiaj do najgłębszego wnętrza Kościoła. Wydaje się, że Bóg w chrześcijaństwie umiera” – cytował przewodniczący KEP.

„Ostatnio kard. Sarah (Robert, prefekt Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów – PAP) wyraża swoje przekonanie, że kryzys dotknął nawet urząd nauczycielski Kościoła. W nauczaniu pasterzy, biskupów, prezbiterów króluje istna kakofonia, nauki wydają się sobie przeczyć, każdy narzuca swoją własną opinię jako pewnik, a wynikiem tego jest zamęt, dwuznaczność i apostazja” – mówił abp Gądecki.

„Nie chodzi nam o sianie paniki, ale o odwagę prawdy. Idzie o to, by nie zaprzestać wołania do Boga dniem i nocą, aby wziął swój Kościół w obronę” – dodał arcybiskup, podkreślając, że z zadania nieustannej modlitwy skierowanej do Boga o podtrzymywanie płomienia miłości nie są zwolnieni członkowie Klubów Inteligencji Katolickiej w Polsce.

„Co więcej, jest to ich priorytetowe zadanie, zgodnie z benedyktyńską regułą, która na pierwszym miejscu stawia +ora+ (modlitwę)” – powiedział metropolita, oceniając, iż nie jest do zadanie łatwe, zaś modlitwa wymaga „wielkiego wysiłku i walki aż do ostatniego tchnienia”.

str 2

Podczas sobotniej mszy na Jasnej Górze modlono się także w intencji zmarłego minionej doby w wieku 92 lat biskupa Bronisława Dembowskiego – ordynariusza włocławskiego w latach 1992-2003. „Był bardzo znany Klubom Inteligencji Katolickiej, był wielkim współpracownikiem KIK-u warszawskiego. Był też moim współpracownikiem w Komitecie ds. Dialogu z Niewierzącymi we Włocławku” – wspominał abp Gądecki.

Na zakończenie homilii przewodniczący episkopatu przytoczył – jak powiedział – „modlitwę jednego z inteligentów w intencji miłości do Kościoła”, w której autor rozważań deklaruje, że w przeszłości mógł akceptować jedynie „Kościół doskonały”, a wszelkie jego niedoskonałości powodowały zgorszenie.

„Dzisiaj natomiast zaczynam się leczyć z tych idealistycznych wymagań; zaczynam rozumieć, że to był Kościół moich marzeń, a nie Kościół założony przez ciebie, Chryste. Zdaję sobie z tego sprawę, że Kościół objawia, ale czasem także zakrywa Boga. Twój i nasz Kościół, Panie Jezu, jest święty, ale składa się z grzeszników; przekazuje mi twoją Ewangelię, lecz w opakowaniu swojej nędzy. W Bogu nie ma cienia, ani zmarszczki, ani plamy, natomiast nasz Kościół składa się z ludzi biednych, małych i słabych” – cytował arcybiskup Gądecki.

„Teraz – mówi ten autor – uczę się kochać i przyjmować z radością Kościół taki, jaki jest, ale wciąż będę się starał, nieustannie modlił, aby stawał się coraz bardziej czysty i piękny, coraz bardziej podobny do Ciebie” – zakończył metropolita.

Przedstawiciele Klubów Inteligencji Katolickiej (KIK), do których adresowana była sobotnia homilia przewodniczącego KEP, po raz 39. przybyli w sobotę z pielgrzymką na Jasną Górę. Działające w całej Polsce kluby są stowarzyszeniami skupiającymi przede wszystkim katolików świeckich, którzy pragną "budować solidarność dla dobra wspólnego", działając w duchu II Soboru Watykańskiego. Kluby organizują spotkania o charakterze formacyjnym, intelektualnym, modlitewnym i kulturalnym.

Pierwsze KIK powstały w 1956 r., w efekcie przemian po tzw. odwilży październikowej w 1956 r. W latach 1957-1976 przedstawiciele klubów tworzyli w PRL-owskim Sejmie rodzaj umiarkowanie opozycyjnego przedstawicielstwa środowisk ludzi wierzących. Po 1976 r. wielu działaczy KIK zaangażowało się w działalność opozycyjną, a po przełomie ustrojowym w 1989 r. włączyło się w przemiany.